środa, 15 sierpnia 2018

Początek

Był przyjemny, letni wieczór. Motyle goniły się wśród kwiatów, a ptaki śpiewały, raz po raz przelatując z jednej gałęzi na drugą. Choć pozornie zielona przestrzeń była najspokojniejszym miejscem na Ziemi, po dokładniejszych oględzinach każdy jej skrawek tętnił życiem.
Ciemnowłosy mężczyzna siedział w trawie, oparty o pień drzewa i podziwiał krajobraz, żując długie źdźbło trawy. Jak to możliwe, że właśnie udało mu się kupić ten teren? Oczywiście znał odpowiedź na to pytanie, ale mimo wszystko, wciąż wydawało mu się to nierzeczywiste. Magia. Ludzie tyle o niej mówią; niektórzy się jej boją, są tacy, którzy w nią nie wierzą, a jeszcze inni stają się prawie że jej wyznawcami. Stworzono tyle mitów, legend i podań na jej temat. A jednak wciąż nie zdarzyło mu się spotkać osoby nieobdarzonej, która nie dałaby się magicznie oszukać.
Właściciel wcale nie planował sprzedać tej ziemi. Tak się jednak złożyło, że jego rozmówca, jeszcze dość młody, przystojny mężczyzna o dziwnym nazwisku Ombar, posiadał niesamowitą zdolność perswazji. I w ten oto sposób, skonfundowany monsieur Durand siedział w swoim mieszkaniu z aktem sprzedaży w jednej dłoni i tlącym się jeszcze papierosem w drugiej, zupełnie nieświadomy tego, że trzy dni temu planował zbudować tam restaurację albo domki letniskowe. Trzeba jednak oddać Ombarowi, że sowicie wynagrodził poczciwego sprzedawcę. W końcu czemu nie? Przy jego zdolnościach dopisanie sobie kilku zer na koncie w banku było jeszcze prostsze niż namieszanie komuś w głowie.
Dużo trudniejsze zadania czekały go teraz. I to w dodatku w miejscu, w którym nigdy nie zamierzał się znaleźć. Było tu bardzo ładnie, nie dało się zaprzeczyć. Ale jakoś nigdy nie chciał mieszkać we Francji. Jego rodzina pochodziła z Wielkiej Brytanii i to tam najbardziej lubił przebywać. Francja wydawała mu się zawsze zbyt wymuskana i skupiona na rzeczach trywialnych. Ale otworzenie Akademii Cieni w Anglii przypadło w udziale komuś innemu, na co zresztą sam ochoczo przystał, mając nadzieję, że choć trochę zmaże swoje winy w stosunku do tej osoby.
Więc teraz siedział tutaj, żując źdźbło trawy, czego nie robił od dzieciństwa, i zastanawiając się nad tym co było i co będzie. Dopiero co skończyły się walki, ale wiedział, że wojna nie minie tak szybko i łatwo. W świecie obdarzonych nic nie jest tak proste. Dlatego musiał znaleźć uzdolnioną młodzież i sprowadzić ją tutaj, do budynku, który stanie na właśnie zakupionym terenie. A kiedy już się mu się uda, musi nauczyć ich czym jest magia i jak ją wykorzystać. Tylko czy na pewno akurat on był w stanie to zrobić? Jego rodzina dopiero co rozpadła się na drobne kawałki i nie dało się ukryć, że sam mocno się do tego przyczynił. Ponadto walka, której podjął się wcześniej w imieniu wyższego dobra, teraz wydawała mu się głupotą…
Ale nie miał wyboru. Jeśli zrobiło się pierwszy krok, należy postawić też drugi. Namierzył już parę osób gotowych mu pomóc, a z biegiem czasu pojawi się ich więcej. Teraz trzeba tylko było zatrudnić odpowiednią ekipę budowlaną, ponieważ wyczarowanie całego budynku razem z wyposażeniem byłoby zbyt wielkim wydatkiem energii jak na jedną osobę. A kiedy lekko przyspieszy ich prace wyruszy na łowy.
Wstał, wygładzając ubranie. Wypluł przeżute źdźbło w bliżej nieokreślonym kierunku. Koniec odpoczynku. Nie może stracić więcej czasu. Gdzieś tam czekają młodzi, utalentowani ludzie, a on jest tu, żeby uświadomić im, że ich życie może stać się zupełnie inne, niż sobie to do tej pory wyobrażali.
***CDN***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz