Był
przyjemny, letni wieczór. Motyle goniły się wśród kwiatów, a ptaki śpiewały,
raz po raz przelatując z jednej gałęzi na drugą. Choć pozornie zielona
przestrzeń była najspokojniejszym miejscem na Ziemi, po dokładniejszych
oględzinach każdy jej skrawek tętnił życiem.
Ciemnowłosy
mężczyzna siedział w trawie, oparty o pień drzewa i podziwiał krajobraz, żując
długie źdźbło trawy. Jak to możliwe, że właśnie udało mu się kupić ten teren?
Oczywiście znał odpowiedź na to pytanie, ale mimo wszystko, wciąż wydawało mu
się to nierzeczywiste. Magia. Ludzie tyle o niej mówią; niektórzy się jej boją,
są tacy, którzy w nią nie wierzą, a jeszcze inni stają się prawie że jej
wyznawcami. Stworzono tyle mitów, legend i podań na jej temat. A jednak wciąż
nie zdarzyło mu się spotkać osoby nieobdarzonej, która nie dałaby się magicznie
oszukać.
Właściciel
wcale nie planował sprzedać tej ziemi. Tak się jednak złożyło, że jego
rozmówca, jeszcze dość młody, przystojny mężczyzna o dziwnym nazwisku Ombar,
posiadał niesamowitą zdolność perswazji. I w ten oto sposób, skonfundowany monsieur Durand siedział w swoim
mieszkaniu z aktem sprzedaży w jednej dłoni i tlącym się jeszcze papierosem w
drugiej, zupełnie nieświadomy tego, że trzy dni temu planował zbudować tam
restaurację albo domki letniskowe. Trzeba jednak oddać Ombarowi, że sowicie
wynagrodził poczciwego sprzedawcę. W końcu czemu nie? Przy jego zdolnościach
dopisanie sobie kilku zer na koncie w banku było jeszcze prostsze niż
namieszanie komuś w głowie.
Dużo
trudniejsze zadania czekały go teraz. I to w dodatku w miejscu, w którym nigdy
nie zamierzał się znaleźć. Było tu bardzo ładnie, nie dało się zaprzeczyć. Ale
jakoś nigdy nie chciał mieszkać we Francji. Jego rodzina pochodziła z Wielkiej
Brytanii i to tam najbardziej lubił przebywać. Francja wydawała mu się zawsze
zbyt wymuskana i skupiona na rzeczach trywialnych. Ale otworzenie Akademii
Cieni w Anglii przypadło w udziale komuś innemu, na co zresztą sam ochoczo
przystał, mając nadzieję, że choć trochę zmaże swoje winy w stosunku do tej
osoby.
Więc
teraz siedział tutaj, żując źdźbło trawy, czego nie robił od dzieciństwa, i
zastanawiając się nad tym co było i co będzie. Dopiero co skończyły się walki,
ale wiedział, że wojna nie minie tak szybko i łatwo. W świecie obdarzonych nic
nie jest tak proste. Dlatego musiał znaleźć uzdolnioną młodzież i sprowadzić ją
tutaj, do budynku, który stanie na właśnie zakupionym terenie. A kiedy już się
mu się uda, musi nauczyć ich czym jest magia i jak ją wykorzystać. Tylko czy na
pewno akurat on był w stanie to zrobić? Jego rodzina dopiero co rozpadła się na
drobne kawałki i nie dało się ukryć, że sam mocno się do tego przyczynił.
Ponadto walka, której podjął się wcześniej w imieniu wyższego dobra, teraz
wydawała mu się głupotą…
Ale
nie miał wyboru. Jeśli zrobiło się pierwszy krok, należy postawić też drugi.
Namierzył już parę osób gotowych mu pomóc, a z biegiem czasu pojawi się ich
więcej. Teraz trzeba tylko było zatrudnić odpowiednią ekipę budowlaną, ponieważ
wyczarowanie całego budynku razem z wyposażeniem byłoby zbyt wielkim wydatkiem
energii jak na jedną osobę. A kiedy lekko przyspieszy ich prace wyruszy na
łowy.
Wstał,
wygładzając ubranie. Wypluł przeżute źdźbło w bliżej nieokreślonym kierunku.
Koniec odpoczynku. Nie może stracić więcej czasu. Gdzieś tam czekają młodzi,
utalentowani ludzie, a on jest tu, żeby uświadomić im, że ich życie może stać
się zupełnie inne, niż sobie to do tej pory wyobrażali.
***CDN***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz