Część pierwsza -
Młodość
W
mroku ginie świat. Ludzkie oko nie jest wystarczająco sprawne, żeby wychwycić
kształty bez oświetlenia. To nie nasza jedyna słabość. Mimo wszystko uwielbiam
patrzeć w lustro nawet kiedy jest ciemno i nic nie widzę. Sama świadomość
jego obecności zmienia wszystko. Nie wiąże się to z próżnością. Wiem, że taka
była wasza pierwsza myśl. Chodzi o to, że lustro pozwala mi widzieć z czym
muszę się mierzyć z zewnątrz. Skorupę narzuconą mi przez koktajl genowy, z
którą nigdy nie wygram. Ale dobrze jest znać wroga.
Słabość…
Jest we wszystkim co widzę w odbiciu w świetle. Cienkich bliznach znaczących
ramiona i nogi. Skąd się wzięły? Część to rozstępy i ślady zabaw. Inne
stworzyłam sama. Próby samobójcze? To mocne słowa. Po prostu lubię patrzeć na
swoją krew. Starczy delikatnie przejechać po skórze czymś ostrym – żyletką,
scyzorykiem, igłą, a nawet kartką. Pojawia się czerwień. Ciecz. Krople. Kiedyś
nazywałam je esencją życia. Analizowałam pod soczewką mikroskopu, starając się
doszukać czegoś niezwykłego. Dzisiaj jest mi wszystko jedno. Obserwuję dalej,
widzę trądzikowe kratery, które niegdyś spędzały mi sen z powiek. Początki
zmarszczek w kącikach oczu. Ale czemu skupiać się jedynie na wierzchniej
warstwie? Pod spodem są ścięgna i mięśnie, które także zarysowują się w
odbiciu. Starczy poruszyć palcami. Zgiąć rękę. Niby wszyscy jesteśmy tacy sami.
Więc dlaczego tak trudno nam się nawzajem zrozumieć?
Podobno
dobrze jest pisać. To pozwala nabrać dystansu, pozbyć się nadmiaru emocji.
Zmierzyć ze swoimi problemami. Choć tak naprawdę, nie mam wyboru. Mój terapeuta
byłby ze mnie dumny. Tym razem się nie wymiguję.
Nad
moją głową wisi łapacz snów. Kupiłam go kiedyś od Indianina, na którego
natknęłam się na jakiejś wycieczce. Tańczył i śpiewał, sprzedając kolorowe
drobiazgi w przerwach. Zapewne sprowadzone z Chin, ale lubię wierzyć, że
mój łapacz jest prawdziwy. Spleciony z kolorowych nici, farbowanych piór i
lusterek. Kolejnych w moim pokoju, uśmiechających się krzywo za każdym razem,
kiedy moje usta znajdą się na odpowiedniej wysokości.
Kiedy
zasypiam, unoszę się w przestrzeń. Brzmi nieprawdopodobnie, wiem. Ale właśnie
tak się dzieje. Część mnie wzlatuje w górę, między gwiazdy, tracąc po drodze
wszystko co zbędne. W przestrzeni kosmicznej nie liczą się te wszystkie
głupoty, które na Ziemi stanowią oś życia. Jest tylko nieskończona pustka,
czerń, raz na jakiś czas rozrzedzona żarem niewygasłej jeszcze galaktyki. I
czarne dziury, czekające na szansę spustoszenia. Trudno uwierzyć, że jesteśmy
tego cząstką. Żyjemy zawieszeni na małej planecie, ale wciąż nie potrafimy tego
pojąć, prawda? Nie ma znaczenia, czy jest się sławnym i bogatym, czy biednym i
nieznanym, inteligentnym, czy przeciętnym. Wobec ogromu wszechświata jesteśmy
równi. Jesteśmy niczym.
Budzę
się rano, a łapacz zatrzymuje w sobie jakąś cząstkę mojej podróży. Pachnie
nieskończonością. Próżnia wdziera się do mojego ciała. Ale tam czeka ją
niespodzianka. Nigdy nie zgadniecie. Tam już i tak nic nie ma.
Jakie
to uczucie stracić wszystko? To coś więcej niż ból, cierpienie, rozkosz,
przyjemność, radość… Mogłabym długo wyliczać. Nie ma to znaczenia. Nic nie ma
znaczenia. Jest tylko szarość dni. Krew spływająca po nakłutym palcu. Zapach
kawy po włączeniu ekspresu. Kolejny poranek.
Moje
włosy to gniazdo bez kształtu, oczy znaczy siatka czerwonych żyłek. Czy
wyglądam na dużo starszą, niż jestem?
Kiwam bezładnie głową w rytm jazdy tramwaju, nie będąc w stanie
powstrzymać odruchu. Młody mężczyzna, siedzący naprzeciw, ustępuje mi miejsca.
Nie może być starszy ode mnie. Rzuca mi pełne zrozumienia spojrzenie. Może
myśli, że jestem na kacu? Mogłabym być. Co wczoraj piłam? Ile? Z kim? Próbuję
sobie przypomnieć, ale tramwaj zatrzymuje się nagle i czas wysiąść. Orientuję
się, że te kilka minut, które miałam poświęcić na refleksję, upłynęło mi na
śnie.
W
korytarzu przed salą wykładową czekają znajomi. Najważniejsze, to nie pokazać
im siebie. Nigdy. Wymowny uśmiech i niemrawa mina sprawią, że znów uwierzą w
roztargnienie spowodowane zbyt dużą ilością alkoholu spożytego poprzedniego
dnia. Znowu? – zapyta może jedna
osoba, a reszta zacznie chichotać.
Właściwie,
to dzisiaj jest trochę inaczej. Natalia mierzy mnie wzrokiem i pyta, czy
wszystko w porządku. Zapewniam ją, że tak, zasłaniając przedramiona rękawami
brązowego swetra. To straszny kolor.
Nawet brzmienie tego słowa jest nijakie. Brązowy. Niewyróżniający się w
tłumie. Świadczący o wyjątkowo ograniczonej wyobraźni przy dobieraniu rano
ubrań. Ale i tak wszyscy go nosimy, prawda? Bo tak to wygląda. Jesteśmy tłumem
bezbarwnych twarzy bez przeszłości i przyszłości, stanowiącym tło dla bardziej
uprzywilejowanych, ludzi takich jak bogacze, celebryci, gwiazdy rocka. Jesteśmy
brązem dla wybuchowej mieszanki pomarańczowego, żółci, fioletu, zieleni, różu,
czerwieni i błękitu. Tamte kolory nie mają problemu ze zniszczoną cerą,
przekrwionymi oczami, codzienną jazdą tramwajem przepełnionym pchającymi się
nie wiadomo dokąd ludźmi, spóźnianiem się na zajęcia, pieniędzmi… Słuchaniem
monotonnego głosu wykładowcy w ciemnej sali, kiedy przed oczami mimowolnie
zaczynają majaczyć senne obrazy.
Możecie
się zastanawiać, jak to możliwe, że ktoś tak młody wszystko stracił? Co z radością
życia, młodzieńczym szaleństwem i entuzjazmem, którym bombardują nas reklamy
gazowanych napojów? Twórcy tych samych spotów zaszczepiają w nas przekonanie,
że każde dziecko ma szczęśliwe dzieciństwo, przepełnione słońcem i śmiechem. I
że to, czego nam potrzeba do spełnienia, to coraz nowocześniejsze gadżety i
samochody. Więc pozwólcie, że opowiem wam historię. Właśnie teraz, kiedy
monotonia cudzego głosu sprawia, że i tak nie jestem w stanie notować niczego
innego.
Dawno
temu była sobie mała dziewczynka, na potrzeby tej historii zwana Marzycielką.
Ta nazwa nie bierze się znikąd. Jej wyobraźnia nie miała granic. Wierzyła we
wszystko co piękne i dobre. Kochała świat. Ale potem coś się zmieniło.
Zaczęło
się od prostego etapu przejściowego. Urosła, poszła do przedszkola, gdzie
według wszelkich przesłanek miała poznać nowych kolegów i bawić się lepiej niż
kiedykolwiek dotąd. Ale w schowanym między blokami mieszkalnymi, niewielkim,
paskudnie pomalowanym budynku z małym placem zabaw na tyle kryło się coś
zupełnie innego. A raczej ktoś. Jeśli na tym świecie istnieje osoba, którą
można obwinić za odarcie Marzycielki z jej podstawowego składnika potrzebnego
do istnienia, czyli marzeń, to z pewnością jest to Ona. Z pozoru
nierzucająca się w oczy, chuda, starsza kobieta o krótko ściętych, marnych i
siwych włosach oraz wielkich okularach nasuniętych na pomarszczoną twarz. Do
dziś pojawia się w koszmarach Marzycielki. Wpychając dzieciom
niedogotowaną wątróbkę do gardeł, czemu zawsze towarzyszą pomstujące okrzyki.
Spacerując między rzędem polowych łóżek, przyglądając się, czy żadne dziecko
aby się nie poruszyło, nie uchyliło powiek na kilka milimetrów. Kto tu znowu beczy? – rozlega się jej
krzyk, kiedy tylko ktoś głośniej zaczerpnie powietrza. Ona to złe określenie.
Ta osoba wyprała się z resztek kobiecości i człowieczeństwa, stając się
monstrum, terroryzującym dzieci w wieku, w którym są najwrażliwsze i bezbronne.
Hołubiła jedynie własną wnuczkę i kilkoro wystarczająco, jak na jej gust,
chamskich i niewychowanych dzieci. Kto chciałby wyrastać pod taką opieką?
Kto? Dzisiaj publicznie zlinczowałoby się takie praktyki. Ale owo monstrum jest
już na emeryturze, a kto przejmowałby się traumami z okresu przedszkola?
Wiecie,
obiecywałam, że to opowiem, ale coraz bardziej tracę chęć. To zaledwie początek
obdzierania z marzeń, ale jaki jest sens wdawania się w szczegóły?
Po
zajęciach nie chce mi się wracać do siebie. Nie żeby było to zaskakujące.
Ostatnio trudno powiedzieć, że cokolwiek mi się chce. Patrzę w niebo, które
szarzeje szybciej, niż przesuwają się po nim moje oczy. Za chwilę zacznie
zmierzchać. Ludzie na ulicy przyspieszają kroku, tak jakby mrok był jakąś
chorobą zakaźną, przed którą trzeba się chronić. A czy to nie on niesie za sobą
wolność? Pokazuje nam całą prawdę o tym, kim jesteśmy. Jak zachowujesz się,
kiedy nikt cię nie widzi? Czy jesteś dobry, czy zły? Sympatyczny, odrażający?
Szanujesz innych, a może jesteś złodziejem? Gwałcicielem?
Światła
palą się wszędzie. W bibliotekach, gdzie pochyleni nad pachnącymi kurzem
stronicami ludzie próbują spojrzeć na świat cudzymi oczami. W kawiarniach,
gdzie nieznajomi zastanawiają się jak przełamać krępującą ciszę, na siłowni,
gdzie kolejna seria ćwiczeń podnosi samoocenę niepewnym siebie. Jeśli chcę
dostrzec jedyne, co mnie naprawdę interesuje, muszę iść dalej. Oddzielić się od
gwaru rozmów, zgiełku ruchu drogowego i twarzy, których nigdy nie poznam. Na
szczęście od początku przeczuwam dokąd zmierzam.
Wiecie,
kilka dni temu miałam wypadek. Zatrułam się czadem we własnej łazience. Brzmi
idiotycznie, prawda? I tak właśnie było. Stałam pod prysznicem, tuż obok
piecyka gazowego. Myłam włosy, a spieniony szampon spływał mi po plecach. I
nagle piecyk przestał działać. Nie mogłam oczywiście wyczuć czadu – jest
bezwonny, ale nie mogę powiedzieć, że nie zorientowałam się, że coś jest nie tak.
Śmierdziało spalinami i zaczęło mi się kręcić w głowie. I wtedy przyszło
mi do głowy kilka rzeczy. Monstrum z przedszkola, niezrozumienie w szkole,
studia, które nie przynoszą mi satysfakcji i nie wiem, dlaczego ich się
trzymam. Dlaczego miałabym się odsuwać? Przysunęłam nos bliżej piecyka, licząc
na to, że raz na zawsze pozbędę się kłopotu szarych dni pozbawionych sensu.
Zaczęłam oddychać głęboko, a później pojawiła się ciemność. Odpłynęłam.
Teraz
jestem tutaj. Więc wiecie już, że nic mi się nie stało. Noc spędzona w szpitalu
pod maską tlenową i wróciłam do normalności. Przynajmniej fizycznie. Mogę
stukać obcasami w kostkę brukową, wyglądając mojego ulubionego widoku. Tak
wiele historii zaczyna się tu i kończy. Woda faluje, odbijając światła
witryn sklepowych i latarni. Most wydaje się wręcz być obciążony ilością
przypiętych do niego kłódek. Każda z nich była obietnicą miłości. Ile z zakładających
je par dotrwało do dziś?
Część druga – Wiek
Średni
Kiedyś
myślałam, że posiadanie własnego mieszkania i nieźle płatnej pracy to wielkie
osiągnięcie, które sprawia, że jesteś zadowolony z życia. Być może wniosek ten
wypłynął z oglądania filmów, których bohaterki, niezależnie od wieku i
braku doświadczenia, posiadały perfekcyjne mieszkania, plany dnia, ciała, chodziły
do idealnej pracy i w pewnym momencie spotykały tego jedynego – mężczyznę
marzeń, który tylko dopełniał całość.
Mojemu
mieszkaniu wiele brakuje. Podoba mi się w nim głównie jedna rzecz – obwiesiłam
całe lustrami. Wiem, że to dziwne. Mój terapeuta twierdzi, że silna potrzeba
ciągłego patrzenia w lustra bierze się u mnie z niepewności. Mam niską
samoocenę, a że lubię to w sobie podsycać, stała obserwacja pozwala mi co
chwila doszukiwać się nowych niedoskonałości. Aż trudno uwierzyć, że płacę
takiemu komuś, prawda? Teraz zalecił mi pisanie. Więc piszę. Samotna kobieta w
średnim wieku, która mogłaby się zająć czymś pożytecznym. Na przykład
dopilnować, żeby w lodówce było jedzenie, a sterta ubrań nareszcie została
wyprasowana. Ale zamiast iść na zakupy i sięgnąć po żelazko bazgrolę po kartce.
Wracając
do tematu luster, tu nie chodzi ani o niską samoocenę, ani o próżność. Po
prostu je lubię. W nocy zapalam na środku pokoju lampę o czarnym kloszu pełnym
maleńkich otworów i kiedy plamki światła odbijają się, tworząc galaktyczną
mozaikę, wędruję po przestrzeni kosmicznej oddzielając się od tej bezsensownej
pustki, którą w zwykłych warunkach niesie mi życie. Te podróże są prawdziwe,
nawet jeżeli trudno w to uwierzyć. Nieskończoność pełna gwiazd niesie mi
ukojenie. Wobec niej moja pustka i nijakość nie mają żadnego znaczenia. Wtedy
wiem, że wszyscy jesteśmy równi. Że nieważne, że przybyło mi kilogramów, że
oprócz blizn po trądziku na mojej twarzy pojawiają się zmarszczki, że praca na
uczelni, której się kiedyś podjęłam, nie ma sensu, a moje ciało znaczy siatka
blizn, bo czasem lubię nacinać swoją skórę czymś ostrym, tylko po to, żeby
wreszcie coś poczuć.
Kiedy
nadchodzi ranek, z mroku wyłania się łapacz snów, który trzymam nad wezgłowiem
łóżka. Kupowanie go było żenujące. Na jednej z wycieczek, spacerując długim
molo, natknęłam się na Indianina, który w przerwach swoich występów sprzedawał
różne tandety. Mam świadomość kiczowatości tych wszystkich drobiazgów, ale
kolorowe łapacze snów zawsze mi się podobały. Skoro wyprodukowano je w Chinach,
to samo kupienie go od Indianina poprawia sytuację. Nie zmienia to jednak
faktu, że nie byłam dumna z siebie, stojąc za rzędem roześmianych nastolatek w
przykrótkich topach. Obrzucały mnie szyderczymi spojrzeniami, jakby powyżej danego
wieku nie można było zaopatrzać się w pamiątki na wyjazdach. Kiedy udało mi się
zapłacić, umknęłam szybko z zasięgu ich spojrzeń, trzymając kurczowo zdobycz. A
teraz, za każdym razem gdy się budzę, wydaje mi się, że rzeczywiście wśród jego
piór majaczy odbicie moich nocnych podróży. Ale potem przychodzi moment powrotu
do rzeczywistości. Trzeba zebrać się w sobie, wypić poranną kawę i pojechać na
zajęcia.
W
tramwaju jakiś student ustępuje mi miejsca. Czasem wciąż wydaje mi się, że
jestem młoda, mniej więcej w jego wieku, i oburzam się wewnątrz siebie, mając
ochotę wykrzyczeć, że przecież nie wyglądam tak staro. Ale prawda jest inna.
Dlatego siadam z wdzięczną miną, kładąc na kolanach potężną torebkę i
wygładzając poły brązowego swetra. Nijakiego jak całe życie i wszystkie twarze
zgromadzone wokół mnie.
Na
korytarzu zagaduje mnie koleżanka, która o tej porze ma wykład na tym samym
piętrze. Ze znaczącym uśmieszkiem pyta, czy znowu opróżniłam sama butelkę wina,
którą podarowała mi ostatnio przy jakiejś okazji. Kiedy nie odwzajemniam się
banalnym komentarzem, na chwilę traci rezon, przystaje i kładzie mi rękę na
ramieniu. Pyta, czy wszystko w porządku, a ja zapewniam ją, że tak, że to tylko
zmęczenie. Najważniejsze, to nigdy nie pokazać, co czuje się naprawdę. Przecież
w takich czasach żyjemy. Era samotności. Mimo to, nawet jedna z młodych
studentek, Natalia, pyta się mnie, czy dobrze się czuję. Zbywam ją i wpuszczam
ich do sali.
Moje
zajęcia są nudne. Sama to czuję, ale jeśli ich nie przeprowadzę, kto zapłaci za
czynsz? Powinnam się cieszyć, że w ogóle zarabiam, pracując na uczelni.
Większość z nas, wykładowców, prawie głoduje w imię nauki. Powinnam, powinnam…
Do tego sprowadza się życie, prawda? Powinniśmy mnóstwo. Na chwilę uciekam
wspomnieniami do najwcześniejszych powinności, jakie pamiętam. Staje mi przed
oczami przedszkolanka. Stara, zasuszona kobieta w wielkich okularach, nosząca
paskudne buty zdrowotne, te trzeszczące, o grubej podeszwie i gumowej
powierzchni pełnej dziur. Grozi mi, że powinnam zjeść śniadanie. Przyschnięty
chleb pokryty niesmacznym pasztetem pełnym skorupek z cebuli. Tłumaczę jej, że
jadłam już w domu, że naprawdę tego nie zmieszczę, żeby nie krzyknąć jej prosto
w twarz, że to ohydne jeszcze bardziej niż ona i jej metody wychowawcze. Hołubienie
rozrabiaków, zmuszanie dzieci do spania i jedzenia, krzyczenie na
najwrażliwszych. Kładzenie poduszek na głowy tym, którzy nie chcą zamknąć oczu.
Obiecywanie w obecności rodzica, że jeśli dziecko o coś poprosi samodzielnie,
to oczywiście zostanie to rozważone. A kiedy ten zniknie z pola widzenia,
krzyczenie na każdego, kto ośmieli się odezwać. To przedszkolne monstrum też
lubiło narzucać nam co powinniśmy, a czego nie powinniśmy. Wtedy zostałam
pierwszy raz odarta z wiary, że ten świat to piękne miejsce. Wtedy pozbawiono
mnie marzeń. A gdybym opowiedziała to komuś teraz, wyśmiałby mnie i
roztkliwianie się nad tą traumą. Przecież to było tyle lat temu.
Patrzę
na twarze zebranych przede mną studentów. To oczywiście zupełnie co innego niż
bezbronne dzieci, ale i tak obiecałam sobie, że nigdy nie pójdę w ślady tamtej
przedszkolanki. Wolę być nudna. To nikogo nie zrani.
Dlaczego
cały czas czuję pustkę? Bo właśnie wtedy, w tyranizowanym przedszkolu rozpoczął
się proces, który rzuca światło na moje wszystkie wybory. Przestałam marzyć.
Kiedy
moje zajęcia się kończą, niebo jest już szare. Kolejny dzień, który umknął
niepostrzeżenie. Kolejny dzień, który był taki sam jak tysiące innych. Właśnie
to przyszło mi do głowy kilka dni temu, kiedy zdarzył mi się wypadek. Zatrułam
się czadem podczas kąpieli. Brałam prysznic, kiedy piecyk gazowy przestał
działać, a ja, zamiast odsunąć się i wyjść z łazienki, przysunęłam do
niego mokrą głowę, zastanawiając się, jak to jest przerwać to smętne, błędne
koło nijakości. Oddzielić się od życia, które nic nie wnosi. A potem
odpłynęłam. Wylądowałam w ciemności. Oczywiście za chwilę odzyskałam
przytomność i zadzwoniłam na pogotowie. Czemu? Może nie byłam jeszcze gotowa.
Ostatnie skrawki emocji zebrały się, tworząc strach przed tym, co mogłoby
nastąpić. Ale dzisiaj jest inaczej.
Nie
chce mi się wracać, więc idę przez miasto. Stukot moich obcasów dodaje mi
więcej animuszu i elegancji, niż bym sobie życzyła. Zza witryn kawiarń i barów
wyglądają na mnie bezmyślne twarze ludzi, którym być może przemknie przez myśl,
że to całkiem elegancka kobieta w średnim wieku przemierza ulicę, a nie stado
koni, jak można by sądzić po dźwięku.
Brązowy
sweter, średni wiek… Na swój sposób sięgnęłam dna. Kiedyś nie sądziłam, że
jestem taka. A teraz staję na moście, otoczona wodą, w której odbijają się
gwiazdy i ten jeden raz widzę samą siebie tam, gdzie zawsze chciałam się
znaleźć – wśród gwiazd. Nie mają znaczenia światła miasta, którego zdążyłam
poznać każdy kąt, kłódki powieszone na balustradzie, które dla kogoś stanowiły
przyrzeczenie miłości. Jestem tu ja i gwiazdy.
Część trzecia –
Starość
Starość
– nie radość. Nie wiem kto i kiedy to powiedział, ale miał rację. Jeżeli
cokolwiek w moim życiu było radosne, to na pewno nie starość.
Moje
mieszkanie jest obwieszone lustrami. Staram się w nie nie patrzeć, bo wtedy
objawia mi się własna twarz. Dzięki tłustej cerze pomarszczona trochę mniej,
niż skóra moich sąsiadek. Ale samo odbicie sylwetki, w tym przypadku niestety
mojej, pozwala mi na chwilę zapomnieć o samotności. Mam tu tyle ruszających się
cieni, że nigdy nie jest trudno o kogoś do porozmawiania. Na ścianach
powiesiłam też łapacze snów, które ostatnio okazyjnie kupiłam na wycieczce od
jakiegoś Indianina. Kiedyś tacy ludzie nie pojawiali się u nas. Czegóż to nie
dokonuje globalizacja?
Moje
łapacze są kolorowe, a ich pióra falują przy najmniejszym poruszeniu. To
kolejny element pobudzający nieco do życia moją zatęchłą codzienność, ale nie
mogę powiedzieć, że pomaga. Jedyne co wnosi, to cień moich snów, cudownych
podróży po przestrzeni kosmicznej, podczas których nie liczy się to, jak żyję i
ile mam lat. Są tam gwiazdy i czarne dziury, a ja jestem w porównaniu do nich
zaledwie marnym pyłem.
To
trochę głupie, w tym wieku narzekać na takie rzeczy jak brak towarzystwa czy
odczuwana bezustannie pustka. Szarość dni. Ale mimo to, kilka dni temu poszłam
do specjalisty, mając nadzieję, że coś mi poradzi. Zbył mnie w zasadzie,
stwierdzając, że powinnam być szczęśliwa z dożycia takiego wieku w dobrym
zdrowiu. A jeśli czasem brakuje mi towarzystwa, to przecież zawsze mogę się
umówić ze znajomymi, albo wybrać do domu dziennej opieki. Przypuszczam, że
nigdy tam nie był. Mi to miejsce przypomina dzieciństwo i przedszkole,
jedną z największych traum mojego życia. Tak, nawet tak stara kobieta jak ja
może to pamiętać i równie mocno przeżywać. Wieczny odór niesmacznego jedzenia,
opiekunki w tych paskudnych, trzeszczących kapciach, krzyczące na dzieci pod
byle pretekstem. Nakazujące spożywanie tych wygotowanych potraw bez smaku,
pilnujące, żeby podczas pory spania żadne dziecko nie odważyło się otworzyć
oczu, przekręcić, czy nawet głośniej zaczerpnąć powietrza. Szczególnie jedna z
nich. Jak ona miała na imię? Coś polskiego, kojarzącego się z kurą domową.
Jeśli ktoś tak zadba o twoje dzieciństwo, to jakie możesz mieć widoki na
przyjemną starość? Ona już pewnie teraz nie żyje, spełniwszy swoją powinność,
pozostawiwszy po sobie setki dzieci z traumą przedszkolną.
Ale
o czym to ja mówiłam? Ach tak, wizyta u specjalisty. Jedynym rozsądnym
posunięciem, które mi zalecił, było rozpoczęcie prowadzenia pamiętnika. I oto
jestem, niemogąca spać staruszka, zgarbiona nad zeszytem, drżącą ręką
wypisująca co jej przyjdzie do głowy. A wokół mnie tańczą odbicia. Czuję,
jakbym w tym samym momencie była znowu młodsza, a nawet dużo młodsza. Czy to
możliwe, że w innej rzeczywistości przeżywam ten sam dzień w innym wieku?
Nieważne, to dopiero się nazywa bzdurzenie.
Rano
piję tradycyjną, parzoną kawę. Aż trudno uwierzyć, ale wciąż raz na tydzień mam
swój wykład na uczelni. Dlatego zbieram się i wychodzę z domu, na szary świat,
pełen ludzi równie szarych jak ja. Wsiadam w tramwaj, w którym momentalnie
jeden z młodych pasażerów, pewnie student, zeskakuje z miejsca. Dziękuję mu i
siadam. Czy ja już gdzieś go widziałam? To naprawdę dziwny dzień. Drgania
powodują, że głowa to opada, to się podnosi. Gwałtowne skręty wywołują ból w
kościach, szczególnie krzyżach. Ale w zasadzie jest mi wszystko jedno. Od
dawna. Nic nie budzi we mnie najmniejszych odczuć. Czasem siadam wieczorem w
kuchni i igłą nakłuwam opuszki palców, obserwując spływającą po nich krew.
Esencję życia. Chcę po prostu coś poczuć, nawet ból, ale to wciąż nie pomaga.
Moim jedynym towarzystwem jest wewnętrzna pustka i świetlne refleksy w
lustrach, które nocą przywodzą na myśl gwiazdy.
Przed
wejściem do sali czeka już mały tłum. Przeciskam się między nimi, szukając w torbie
klucza. Przy drzwiach wzdycham głęboko, a jedna ze studentek pyta, czy wszystko
w porządku. Jak ona się nazywa? Wydaje mi się, że jej imię zaczyna się na
„s”, ale kiedy już mam ją nazwać Sandrą, przypomina mi się. Natalia. Zapewniam
ją, że wszystko w porządku.
Moje
wykłady nie są porywające. Trudno mówić o czymś, w co przestało się wierzyć.
Choć to zakłada, że kiedykolwiek się wierzyło. A dla mnie to nigdy nie miało
sensu. Sądząc po bezmyślnych twarzach studentów, dla nich też nie ma. Są tu
tylko, żeby zaliczyć kolejny przedmiot z listy. Kiedy to wszystko sprowadziło
się do tak żałosnych norm? Gdzie podziali się geniusze zmieniający świat?
Oczywiście wiem. Są gdzieś tam, w feerii barw, podczas gdy my stanowimy ich
tło, brązowe jak mój sweter, nijakie, ale potrzebne, bo bez nas kto podziwiałby
ich wyczyny? Jaki sens miałaby matematyka, jeśli nie byłoby osoby stosującej
jej zasady? Jaki sens miałaby niepodległość, gdyby było się jedyną osobą na
świecie? Jaki sens mieliby celebryci, gdyby nie miał ich kto podziwiać?
Zaaferowana gubię wątek, a młode twarze przyglądają mi się podejrzliwie. Wolę
jednak być nudna, a nawet śmieszna, niż okrutna, jak ta przedszkolanka, ukryta
za fasadą grubych szkieł okularów. To idiotyczne, że wciąż o niej myślę. Po
tylu latach. Ale ona była kamykiem, który zapoczątkował lawinę. Wywołany przez
nią kataklizm pozbawił mnie wiary w świat, w marzenia, w możliwości. A teraz
jestem starą kobietą w brzydkim swetrze, z pustką w sercu i głowie. Kilka dni
temu wylądowałam w szpitalu po zatruciu czadem we własnej łazience. Czy to nie
pokazuje, jak bardzo zniedołężniałam? Przynajmniej tak sądzą lekarze, którzy
sugerowali przeprowadzenie się do domu opieki, albo chociaż do kogoś. Nikt nie
pomyślał, że to nie wypadek, że celowo wdychałam gaz, mając nadzieję, że wyrwie
mnie ze spirali szarości i pustki.
Dzień
powoli się kończy, ale ja nie chcę wracać do siebie. Czy ja wszystko straciłam,
czy może nigdy nic nie miałam? Wbijam wzrok w niebo, szarzejące pod wpływem
zapadającego zmierzchu. Wiem, gdzie chciałabym się teraz znaleźć. A nogi
rozpoczynają wędrówkę, nie słuchając głosu rozsądku, który przestrzega je przed
bólem i wycieńczeniem. Stękając lekko, mijam rozświetlone witryny kawiarń,
gdzie szary tłum, który nie ma znaczenia równie mocno jak ja, pije pobudzające
napoje i wmawia sobie, że jest inaczej. Ludzie przesuwają się na ulicy, widząc
jak drepcę, robiąc miejsce dla żałośliwej, starszej pani. A ja sunę przed
siebie, jeszcze niegotowa, żeby się poddać.
Przystaję
dopiero na moście. Tam blask miasta odbija się w rzece, faluje, jakby zapraszał
do zabawy. Nawet mnie, starą i znękaną. Do balustrady przeczepione są kłódki.
Obietnice miłości. Ciekawe, ile z nich naprawdę coś znaczyło? Spojrzawszy
jeszcze raz, widzę, że w wodzie pode mną, mimo tak licznych świateł, odbijają
się gwiazdy. Czy to nie poetyckie? Gwiazdy pode mną i nade mną, a w środku ja.
Epilog
Znacie
już kilka faktów. Niebo jest tak czyste, że widać gwiazdy. Mimo blasku miasta,
ich światło odbija się też w tafli wody. I oto stoję, zawieszona między jednymi
ognistymi kulami i drugimi. Kim jestem? Ile mam lat? Czy to naprawdę ma
znaczenie? Widzicie, prawda jest jak kostka Rubika – tylko nieliczni potrafią
ją poskładać w całość. Cała reszta czuje się zgubiona już przy pierwszym ruchu.
A ja? Mogłam przeżyć ten dzień z trzech perspektyw. Każda z nich była zarazem
taka sama i trochę inna. To nieważne. Starczy się wspiąć na murek. A teraz…
Jeden krok i naprawdę znajdę się tam, gdzie moje miejsce. W przestrzeni, między
planetami i gwiazdami. Myśleliście, że opowiem wam historię o bólu wywołanym
stratą, o śmierci i ubolewaniu, prawda? Powiedziałam przecież, że
straciłam wszystko. I poniekąd tak się stało. Tyle, że tu nie chodzi o moją
rodzinę, znajomych. Nawet nie o początek, czyli monstrum z przedszkola. Nie mam
już marzeń. Straciłam je, a one były dla mnie wszystkim. Czym jest życie bez
marzeń? Dla mnie, w tym momencie, jednym: krokiem wprzód. Jakie będą jego
skutki? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami.