czwartek, 13 grudnia 2018

Upadłe słońca


Tym razem w kierunku fantasy. Pomysł stworzenia damskiego świata już od dawna za mną chodził, choć w maskulinistycznie skonstruowanym języku trudno go zrealizować. Być może któregoś dnia uda mi się go (samo to, że damski świat wciąż pozostaje w rodzaju męskim to paradoks) bardziej rozbudować.  Ale na razie historia samego końca.

Kiedy zostałam wybrana na stanowisko Głównej Przywódczyni, czułam się dumna jak nigdy dotąd. Moje imię przemierzało świat ze wzrastającą prędkością. Po chwili znały je wszystkie istnienia na naszej planecie, niezależnie od rasy, pochodzenia i kultury. Kiedy stawiłam się na posiedzeniu Rady Większych i Mniejszych, nawet najwyżej urodzone elfki z rodu ‘Ar skłoniły w moją stronę głowy. A przecież słynęły z arogancji i przekonania o własnej wyższości. Ale tym razem to ja osiągnęłam coś nieosiągalnego; byłam najmłodszą osobą obejmującą to stanowisko w historii. Ponadto pochodziłam z rodu jeszcze ważniejszego niż ‘Ar, który – choć szanowany – liczył sobie zaledwie kilkaset lat. To ja byłam potomkinią kobiet, które u zarania dziejów zbudowały nasz świat – Sentemporium. Moim dziedzictwem był początek całej historii, a z mojej krwi powstały wszystkie rasy.
Oczywiście nie odbiło się to na moim wyglądzie. Lubię sobie wyobrażać, że nie jestem genetycznie powiązana z przysadzistymi, włochatymi krasnoludzicami. Albo dziwacznymi trollicami o twardej skórze, mieszkającymi gdzieś w głębi jaskiń. Już nie mówiąc o rasie magur, żyjącej w bagnach, o brunatnych ciałach pokrytych cętkami i błonach między palcami. To kuzynki syren, ale wzbudzają zgoła inne uczucia niż ich krewniaczki. Według mnie samej najbardziej przypominam elfkę. Jestem równie wysoka co one, mam jasną cerę i złociste włosy, nawet moje uszy są lekko spiczaste. Moja matka oczywiście tego nie dostrzega. Uważa, że jesteśmy po prostu ludźmi. Ale przecież nie możemy być tylko tymi nędznymi istotami, skoro nasz ród zapoczątkował wszystko!
- Choć raz poczuj się człowiekiem i bądź z tego dumna, Emilan’Il. Może wtedy przestaniesz mieć problemy z akceptacją wszystkich innych ras.
Ciekawe, że właśnie od niej słyszałam takie porady. Nie dość, że to nasze babki nadały tej planecie nazwę, oznaczającą w pradawnym języku poczucie człowieczeństwa, to jeszcze własna matka kazała mi akceptować rasy, które z powodu naszej mocy skazały nas na wiele lat wygnania.
Nie żeby to miało teraz jakiekolwiek znaczenie. Dałam się zapędzić w kozi róg. Te, które wyniosły mnie ku władzy, nigdy nie chciały, żebym ją sprawowała. Zostałam zmanipulowana, żeby wprowadzić chaos zamiast porządku. Wylądowałam w brudnej celi w lochach własnej siedziby. Nie jestem w stanie się wyprostować z powodu ciasnoty. Moje włosy i skóra są tak brudne, a plecy tak zgarbione, że równie dobrze mogłabym być trollem. A zza wąziutkiego okna w murze dobiegają dźwięki wojny, którą rozpętałam. Siedzę tu, ukrywając niczym sekret smutną prawdę. W rzeczywistości to nie tajemnica, po prostu nie zdążyłam jej nikomu wyjawić, zanim bezdusznie pozbawiono mnie pozycji i zamknięto. Teraz i tak nikt by mi nie uwierzył.
Solis i Clarit. Tak nazywają się dwie gwiazdy oświetlające naszą planetę. Podobno dawno temu czuwająca nad naszym losem bogini, Equilibra, zapaliła je swoim boskim oddechem, by umożliwić nam życie. Czyniły to przez tysiące lat. A teraz nadszedł ich kres. Od początku mojego życia zastanawiałam się, kiedy to nastąpi. Podobno dawno temu Solis była biała, momentami wydawała się wręcz niebieska, a Clarit błyszczała z niesamowitą mocą. Były dalekie i piękne. A jednak od kiedy pojawiłam się na świecie, obie wyglądały na zmęczone i ociężałe; całe czerwone, wisiały nisko nad Sentemporium. Zgodnie z moją wiedzą, zostało nam zaledwie kilka dni. Tym razem Equilibra nie interweniuje. Kres Solis i Clarit to kres naszego życia.
Kiedy się tego dowiedziałam, nie byłam pewna, czy to prawda. Wtedy dopiero zaczęłam orientować się, że mimo zapewnień mojej matki, różnimy się od zwykłych ludzi czymś więcej niż krwią. I że to nie przypadek, że wszystkie rasy, które bały się kiedyś naszego rodu, teraz przyjęły nas pokornie, szukając przebaczenia. Działo się to miesiąc temu, tuż po ceremonii naznaczenia mnie na Główną Przywódczynię.
Przygotowywałam się na ten moment, od kiedy cztery lata temu wróciłyśmy z wygnania, a Rada przyjęła nas z wszelkimi honorami w stolicy. Dostałyśmy własną siedzibę i gwarancję życia w luksusie. Wyznaczono mi nawet prywatną nauczycielkę, Everahn’Ar, która stała się też moją najbliższą przyjaciółką. Myślę, że to nas zaślepiło. Po latach życia w ukryciu i niepewności jutra, moja matka potrzebowała stabilizacji. Ja też jej potrzebowałam. A kiedy powiedziano, że Rada postanowiła wybrać mnie na Przywódczynię, gdy tylko skończę szesnaście lat, po prostu uwierzyłyśmy, że mamy szczęście.
Everahn’Ar była nieco wyniosła, ale skrupulatnie wywiązała się ze swoich zadań. Nauczyła mnie wszelkich zasad funkcjonowania naszej planety. Wyjaśniła, że u zarania kobiety zostały wyniesione na władczynie i istoty dominujące ze względu na swój intelekt i umiejętności, natomiast osobnikom męskim zostały wyznaczone głównie prace fizyczne ze względu na ich przystosowanie biologiczne. Opisała mi życie na każdym z lądów – suchym z gorąca kontynencie Elargi, ciepło-wilgotnym Vera, chłodnym Tumne i zlodowaciałym Ivero. Przybliżyła tradycje i kultury wszystkich ras i nauczyła podstaw ich języków, tak żebym mogła wyrecytować w nich przysięgi, kiedy nadejdzie czas. Problem w tym, że darząc ją szacunkiem i sympatią, nigdy nie pomyślałam, że mogę być tylko narzędziem w jej rękach. Naczyniem wypełnianym stronniczymi poglądami i stereotypami. Moja matka musiała być tego w większym stopniu świadoma – skądś brały się jej rady. A jednak przez większość czasu przymykała oczy, zasłaniając wątpliwości płaszczem wygód i przepychu.
W dniu ceremonii to Everahn’Ar była przy mnie. Od samego poranka pilnowała, żebym zjadła odpowiedni posiłek, założyła odpowiedni strój, elegancko zaczesała włosy. Potem to ona, jako jedna z członkiń Rady, namaściła mnie odpowiednimi substancjami, podczas gdy ja recytowałam z pamięci powtarzane od czterech lat przysięgi, a zebrany przed balkonem lud spijał słowa z moich warg. Byli tam wszyscy: trollice, magury, krasnoludzice, elfki,  siedzące na brzegu rzeki syreny, nimfy, rusałki leśne… Przybyły nawet męskie osobniki wszystkich ras.
A potem nadszedł moment obchodów, tradycyjnego świętowania, które mógł rozpocząć jedynie członek rodu ‘Il – dlatego od setek lat nie powtarzano tego zwyczaju. Teraz zaś wszyscy czekali na niego z niecierpliwością.
– Wystarczy, że zanurzysz dłoń w Źródle – szepnęła mi Everahn’Ar, choć wcale nie musiała tego robić. Była to najważniejsza część uroczystości. Jeszcze zanim przybyłyśmy z wygnania i wysoko postawione elfki zaczęły mnie kształcić, codziennie podkreślając wagę tej chwili, matka wielokrotnie opowiadała mi o tym szczególnym momencie. Chwili, kiedy tradycja przeplata się z magią, a sny stają się rzeczywistością.
Krok po kroku podeszłam do kamiennej misy, stojącej pośrodku balkonu. Czułam się oszołomiona ilością skupionych na mnie spojrzeń, pełnych napięcia i ekscytacji. Zebrana w naczyniu woda też wydawała się ożywiona; falowała delikatnie pod wpływem wiatru, a zebrane w niej drobinki złota błyszczały w świetle zachodzących Solis i Clarit.
Woda w misie pochodziła z Argentum, Srebrnego Jeziora, na którego brzegu postawiono nasz pałac. Wąski, ledwie zauważalny kanał wyżłobiony w naczyniu prowadził przez podłogę i złotą rynnę prosto do błyszczącej tafli. W chwili zetknięcia migoczącej substancji z moją skórą zaszła przemiana. Każdy, kto od tej chwili w przeciągu tygodnia skosztował wód Argentum, miał dostąpić swego rodzaju iluminacji w postaci snów na jawie. Te marzenia mogły dotyczyć przeszłości i przyszłości naszego świata, wyjaśniać pewne zjawiska, przypominać legendy, a także ujawniać poszczególnym jednostkom ich ukryte talenty i przeznaczenie. Zwyczajowo lewą dłonią uniosłam pierwszy kielich na cześć nowej epoki i wychyliłam go, nie przyjrzawszy się nawet dokładnie otoczeniu. Dlatego też nie zauważyłam, że nie wszyscy poszli za moim przykładem.
Woda została pewnie w jakiś sposób zatruta. Kto dokładnie za to odpowiadał? Dziś nie ma to już takiego znaczenia, ale obstawiam Saverahn’Ar, młodszą siostrę mojej nauczycielki. Wszyscy wiedzieli, że straciła głowę dla swojego ludzkiego kochanka. Często śmiałyśmy się z jej słabości. Tymczasem nie była jedyna. Everahn’Ar również dała się zwieść, podobnie jak krasnoludzica Water’Eh i inne, elfki, trollice, syreny, magury, nimfy… Żadna z  kobiet wplątanych w spisek nie napiła się. Nie zrobili tego także mężczyźni, którzy zgodnie z tradycją mieli wychylić kielichy jako drudzy.
Czułe słowa kochanków przekonały przywódczynie rebelii do przewrotu. Wmawiali im tygodniami, że w naszym społeczeństwie nie ma równości, że mężczyźni są ciemiężeni, że nigdy nie będą traktowani na równi z kobietami. W końcu same w to uwierzyły. Czy nie było w tym trochę racji?
Nie zrozumcie mnie źle. Nasz świat nie dyskryminował mężczyzn, przynajmniej w założeniu. Po prostu dawno temu przydzielono nam pewne funkcje w zależności od predyspozycji i nikt tego nie negował. Być może potrzebna była większa swoboda. Jednak to, czego nie zrozumiały rebeliantki, miało się obrócić przeciwko nim samym. Przepełnieni goryczą spiskowcy nie chcieli równości; ci mężczyźni pragnęli władzy kompletnej i autorytarnej. Po napiciu się wody z jeziora Argentum zobaczyłam ich plan wprowadzony w życie. Przed moimi oczami pojawiła się jak żywa wizja świata, w którym płeć męska przejęła kontrolę, traktując kobiety jako gorsze, spychając je do nizin społecznych, krzywdząc bez miary i wyrzutów sumienia, poniżając nawet wtedy, kiedy uważała, że traktuje je jak równe sobie. Może nawet tak wyglądała rzeczywistość, zanim ród ‘Il wyruszył w przestrzeń kosmiczną, żeby znaleźć miejsce, w którym zbuduje nowy świat.
Wiedziałam, że nie wszyscy myśleli w ten sposób. Ale nie miało to już znaczenia, bo do głosu doszli akurat ci, a nie inni. Woda objawiła mi też, że kryje się w niej trucizna, a nasza planeta i tak zmierza ku upadkowi. Pozostało mi zdecydować, czy użyję swojej mocy, żeby uratować poddanych i dać im jeszcze te kilka dni, które prawdopodobnie wypełni krew i przemoc.
Zdecydowałam, że ograniczę działanie trucizny. Do tej pory nie sądziłam nawet, że jestem wystarczająco potężna, żeby to zrobić. Dałam im kilka dodatkowych dni, które mieli spędzić w otumanieniu i majakach. Czułam, że nikt inny nie poznał nieubłaganego losu, czekającego Solis i Clarit.
Ten wysiłek omal nie przekroczył jednak moich możliwości. Zemdlałam, a kiedy się obudziłam, byłam już tutaj. Zamknięta w ciasnej celi, brudna i sponiewierana, bez żadnych wiadomości o matce. Everahn’Ar stała przede mną, trzymając dłonie na podłużnych prętach krat, ubrana w kolczugę i ze splecionymi włosami. Dopiero teraz dostrzegłam w jej oczach niechęć i zrozumiałam, że nigdy nie była moją przyjaciółką. Z bliżej nieznanych przyczyn od zawsze mnie nienawidziła. Prawdopodobnie do udziału w rewolucji popchnęła ją zazdrość o moją uprzywilejowaną pozycję. Pomyśleć, że kiedyś tak bardzo ją szanowałam i ceniłam… Marzyłam nawet, że pewnego dnia stanie się dla mnie kimś więcej.
– Powinnaś była umrzeć. Tak byłoby dla ciebie lepiej – powiedziała szorstko na widok moich otwartych oczu.
Początkowo nie chciałam się nawet do niej odzywać, ale pokusa wytknięcia jej błędu była silniejsza.
– A ty powinnaś była wiedzieć, że wody Argentum nigdy nie zabiją nikogo z rodu ‘Il.
Prychnęła, odwracając się, i ruszyła żwawym krokiem do drzwi.
– Czekaj! – krzyknęłam za nią. – Co z moją matką?
Nie zatrzymała się nawet.
To był mój ostatni kontakt ze światem zewnętrznym. Chcąc się dowiedzieć, co dzieje się na zewnątrz, sięgałam do wizji, wciąż jeszcze buszujących w mojej głowie niczym małpy w dżungli.
Moja matka została najprawdopodobniej stracona. Reszta świata pogrążyła się w walkach; ocaleni przeze mnie stawiają opór rebeliantom. Zza maleńkiego okienka w murze dobiega smród wojny; krew mieszająca się z brudem, bagno i proch, strach, a tuż za nim coś o wiele gorszego: zapach rozumnych istot zmieniających się w bestie.
Tak zastanie nas koniec. Tak będzie wyglądał mój świat, kiedy zgasną ostatnie światła. Sny i wizje się skończyły; wszyscy musimy wyjść naprzeciw końcowi tacy, jakimi jesteśmy, bez żadnego wsparcia, bez warstwy tłumiącej.
Zawiodłam się na wszystkim, co otaczało mnie w tym świecie. Przenicowano moje wartości, odarto mnie ze złudzeń i zapewniono, że nie ułożymy już tego, co kiedyś zostało zepsute. Dlatego patrzę teraz na Solis i Clarit z wdzięcznością. Może to jest właśnie sposób Equilibry na danie światu nowej szansy? Być może w cieniu błędów dawnego powstanie nowy, tak samo jak kiedyś Sentemporium, ale ten kolejny będzie pozbawiony nierówności, pychy, agresji i wszystkiego, co doprowadziło nas do tego etapu? Taka jest moja nadzieja. Taką szansę dostrzegłam w srebrnej wodzie. I z tą myślą położę się zaraz spać na twardym, wąskim posłaniu, niepewna, czy jutro przywita mnie nowy dzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz