wtorek, 16 października 2018

Nefris


W niewielkim miasteczku, w którym zazwyczaj nic nie działo się po godzinie szóstej wieczorem, dwoje ludzi siedziało w kącie zaniedbanego baru, rozmawiając przyciszonymi głosami. Pozostali goście byli stałymi bywalcami, a ponadto wieloletnimi mieszkańcami, zrośniętymi z miejscowością niczym huba z drzewem, na którym pasożytuje. Dwójka obcych, w dodatku gawędzących w nieznanym języku, wyraźnie nie przypadła im do gustu. Co prawda mężczyzna pojawił się tu już kilka razy, ale nie dość, że było w nim coś niepokojącego, specjalnie drażnił innych i zyskał sobie reputację mąciwody. A towarzysząca mu dzisiaj kobieta była co najmniej dziwna. Okryła się długim, beżowym płaszczem z puchowym kapturem, który przywodził na myśl Eskimosów, podobnie jak długie, wciągane buty z ociepleniem. Rzeczywiście ostatnio zrobiło się chłodniej, ale bez przesady, w końcu nie znajdowali się na żadnym z owianych mrozem biegunów. Jakby tego było jeszcze mało, kobieta podkreśliła oczy grubymi, czarnymi kreskami z zawijasami, co w połączeniu z kruczoczarnymi włosami nadawało jej wygląd Egipcjanki.
- Myślałem, że nie żyjesz – stwierdził Ombar, ignorując rzucane im coraz częściej wrogie spojrzenia.
- Przez chwilę też tak myślałam – odpowiedziała nonszalancko, nachylając się trochę w jego stronę. – Will… Potrzebuję pomocy. Emilia powiedziała, że mam się zwrócić do ciebie.
- Mogłem się tego domyślić.
Odchylił się do tyłu, wbijając wzrok w sufit. To nie był dobry moment na podejmowanie ryzyka. Teoretycznie wkupił się w łaski Trybunu i zajął jedną z najwyższych pozycji, ale z drugiej strony wciąż pozostawał pod obserwacją, o czym świadczyła choćby wizyta Stefana. Pozostawała też jednak inna kwestia. Emilia nie bez powodu przysłała ją akurat tutaj. Wiedziała, że Ombar nie zignoruje jej prośby… Czy może polecenia.
- Iris, wiesz, że wszystko się zmieniło…
- Cicho! Oni mają szpiegów wszędzie. Poszłam za twoim przykładem i zmieniłam imię, chociaż nie rozumiem, czemu ty tak naprawdę to zrobiłeś.
- Dlatego używasz starego?
Nigdy nie przepadał za Iris. Emilia się z nią przyjaźniła, ale on unikał jej towarzystwa. Jej matka była archeolożką i często wyjeżdżała, zostawiając ją pod opieką jego rodziców. Dziewczyna była z jednej strony surowa i wymagająca zarówno wobec siebie jak i innych, ale też szalona; ubierała się na wzór dokumentacji zbieranych przez matkę, czerpiąc z nich także inne życiowe inspiracje. Cały swój pokój urządziła na modłę zwyczajów starożytnego Egiptu, łącznie z zastąpieniem łóżka plecioną matą. Twierdziła też, że nie warto studiować współczesnych osiągnięć nauki i ograniczała się do wiedzy starożytnych kultur.
Kiedy w ich społeczeństwie wybuchły zamieszki, Iris zniknęła na samym początku i Ombar był przekonany, że stała się jedną pierwszych ofiar wojny. Najwyraźniej jej matce udało się jakoś wydostać i ukryć córkę.
- Słuchaj, musimy podejść do tego poważnie. Żadnych plecionych mat i waz. Żadnych udziwnień. Będziesz twierdziła, że nie miałaś pojęcia o naszym świecie, o przekształcaniu energii i walce z jej wytworami, dopóki cię nie znalazłem i nie wyszkoliłem. Nauczysz się tego, co przekazujemy w akademiach i zapomnisz, że kiedykolwiek wiedziałaś coś więcej.
Iris wpatrywała się w niego spokojnie, kiwając głową.
- Czy nie jestem za stara na uczennicę?
- Jesteś.
Westchnął głęboko. To będzie najtrudniejsza część.
- Trzeba będzie im wmówić, że urodziłaś się w zwykłej rodzinie i całe życie nie odkryłaś swoich zdolności. A teraz odbyłaś osobne treningi i zostaniesz drugim nauczycielem w mojej Akademii Cieni.
Kobieta wciąż wpatrywała się w niego, nie okazując żadnych emocji.
- Myślisz, że to się uda?
- Nie wiem – stwierdził bez przekonania. – Zobaczymy. To jak ma ciebie teraz nazywać?
- Wybrałam świetne imię! Na pewno ci się spodoba. Nefretete.
Ombar wybałuszył oczy.
- Rzeczywiście, bardzo nie rzucające się w oczy. Miało być normalnie!
Iris uniosła ręce w geście kapitulacji.
- Mogę to zdrobnić do Nefris, ale pozwól mi zostać przy nim. Straciłam wszystko…
- Dobrze, już dobrze. – Ombar nie lubił jęczenia, więc wolał to przerwać w tym miejscu.
Barman rzucił im kolejne, niechętne spojrzenie zza stojącego naprzeciwko baru.
- Chodźmy stąd.
Młody mężczyzna złapał swoją towarzyszkę za łokieć i pociągnął za sobą do wyjścia. Kilka głów obróciło się za nimi, prychając. Oboje wiedzieli, że lepiej nie wracać już w to miejsce.
Kiedy dojechali pod drzwi Akademii Cieni, kobieta zatrzymała na chwilę Ombara.
- Dziękuję – powiedziała cicho, uśmiechając się, a w jej oczach naprawdę widniała wdzięczność.
Skinął tylko niemrawo głową, chcąc jak najszybciej zaprowadzić ją do środka.
- Czekaj! – zawołała nagle Nefris, zatrzymując go wpół kroku. Odwrócił się do niej niechętnie.
- Coś się stało?
- Ten chłopak… - Pokazywała palcem na szklarnię, w której Quinn właśnie podlewał rośliny. – On…
Nagle odwróciła się gwałtownie i weszła do środka.
- Tylko coś mi się wydawało – rzuciła przez ramię, znikając w pomieszczeniu.
Ombar wzruszył ramionami. Ona zawsze była dziwna. Spojrzał jeszcze raz na szklarnię. Chłopak na szczęście nie zdążył ich dostrzec. Mistrz nie wiedział, że kiedy tylko zamknął za sobą drzwi, chłopak stanął wyprostowany nad roślinką, którą jeszcze przed chwilą dokładnie oglądał, wbijając zagadkowe spojrzenie w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą mignęła mu Nefris.
***CDN***

niedziela, 14 października 2018

Melancholia


Ombar był zmęczony. Nie potrafił wyznaczać granic, więc młodzież robiła pod jego nosem co chciała. Dotychczas nie miał zbyt wiele do czynienia z nastolatkami, więc trudno było się dziwić, że sytuacja rozwinęła się tak, a nie inaczej. W zasadzie nie było nawet tak źle, ich wybryki nie przekroczyły jeszcze niewidzialnej granicy tego co dopuszczalne. Oczywiście organizowali imprezy, na które przemycali alkohol i nie pracowali tak ciężko, jakby tego od nich wymagać. Kiedy spadł pierwszy śnieg, ktoś ulepił tuż za oknem bałwana pokazującego obsceniczny gest. Mistrz nie zauważył go wchodząc do sali i dopiero w połowie zajęć zorientował się co jest źródłem niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Bałwan był zresztą na tyle pomysłowy i dobrze wykonany, że chętnie utrwaliłby go magicznie i przeniósł do budynku jako rzeźbę, gdyby nie to, jak fatalne skutki wychowawcze mogłoby to za sobą nieść.
Tym, co najbardziej przeszkadzało mu w młodzieńczych żartach i wyskokach, mających miejsce w akademii, było nieuchronne uświadomienie sobie, że nie jest i nigdy nie będzie ich częścią. Między nim, a jego uczniami stała niepokonana bariera, która już nigdy nie zniknie. Tak też powinno być. Ale to uświadamiało Ombarowi, jak bardzo doskwiera mu samotność i nuda.
Jego dni stały się monotonne. Budził się rano, ubierał, jadł śniadanie, prowadził zajęcia, na których cały czas musiał pilnować się, żeby nie powiedzieć za dużo, w przerwie zjadał lunch, wieczorem kolację i szedł spać. Automatycznie wykonywał też codzienne ćwiczenia fizyczne, które pozwalały mu utrzymać formę, pisał raporty na temat postępów w pracy, a wieczorami przewracał stronice książek, które dokupował w pobliskim mieście w weekendy, bo swój własny zbiór znał już na pamięć. Czasem jechał tam też wieczorem, żeby posiedzieć w jednym z zadymionych barów i podyskutować o czymś równie pasjonującym jak tegoroczne rozgrywki sportowe czy polityka. Potrafił spędzić w ten sposób godziny. Popijając raz na jakiś czas bliżej nieokreślony trunek, który podawał mu barman o podejrzanym wyglądzie, podsycał konwersacyjny zapał spotykanych towarzyszy, rzucając bezsensowne uwagi, wyważone na tyle, żeby lekko zirytować odbiorców. Potem z zafascynowaniem obserwował ich fizjonomię. Stał się wręcz kolekcjonerem zbulwersowanych twarzy o ściągniętych brwiach i zwężonych źrenicach, zaciśniętych ust, z dobiegającymi zza nich zagadkowymi pomrukami, rozdętych nozdrzy i pofukiwań. Cała reszta też była ciekawa: drgające pięty i kolana, gwałtowne ruchy rąk czy bębnienie palcami w blat. Człowiek nawet nie spodziewa się jakie rytmy jest w stanie wystukać swoimi palcami.
Kiedy wreszcie Ombar czuł, że obserwacje tego typu go znużyły, wracał, ale w drodze powrotnej orientował się, że tak naprawdę wciąż nie jest usatysfakcjonowany, bo tym, czego tak naprawdę szukał nie była chwilowa przyjemność z zakłócenia monotonii cudzego wieczoru. Nawet jeżeli nie całkiem świadomie, wciąż szukał towarzystwa, które pozwoli mu się wyrwać z wszechogarniającego marazmu. W końcu nie mógł z byle kim rozmawiać o energii, wynaturzeniach i ponadnaturalnych mocach.  A jeśli nie mógł komuś opowiedzieć o tym, to o czym mógł? O sprawach takich jak sport i polityka… I tak powstawało błędne koło. A kiedy natykał się na Marie, Michela i Nicolasa obrzucających się śnieżkami, albo słyszał głośną muzykę, dobiegającą z pokoju Lizzy, odczuwał głęboki smutek, dochodząc do wniosku, że dla niego czasy dobrej zabawy minęły, pozostawiając za sobą jedynie niewyraźną nić wspomnień.
Pewnego wieczoru nie wiedział już sam, czy walczy z nudą, czy z przygnębieniem. Pojechał do miasta, ale nie wstąpił nawet do księgarni, jak to miał w zwyczaju. Poszedł od razu do jednego z mniej przyjaznych barów i zaszył się w kącie, tym razem nie nawiązując z nikim kontaktu. Wbił wzrok w dno szklanki, gdzie nieliczne refleksy świetlne tańczyły na rozpływających się krawędziach kostek lodu. Muzyka szumiała mu w uszach. To nie był jego klimat; puszczano tu jakiś rodzaj niezależnego rocka, który dla niego był w ogóle niecharakterystyczny. Dopił resztę rozwodnionej cieczy, którą nazywano tu drinkiem i już miał wyjść, kiedy ni stąd ni zowąd ktoś się do niego dosiadł.
Podniósł wzrok i zmarszczył brwi. Siedziała przed nim kobieta na oko w jego wieku. Miała ostre rysy i proste, czarne włosy, sięgające podbródka. Jej brązowe oczy wpatrywały się w niego wnikliwie, tak, jakby go znała. Potwierdziły to jej słowa.
- Wyglądasz okropnie – stwierdziła suchym głosem, nieznacznie unosząc kąciki ust.
Ombar przez chwilę czuł się, jakby jego serce zwolniło. To nie mogła być prawda. Wraz z szokiem poczuł jednak ulgę. Nareszcie działo się coś ciekawego.
***CDN***