Ombar
był zmęczony. Nie potrafił wyznaczać granic, więc młodzież robiła pod jego
nosem co chciała. Dotychczas nie miał zbyt wiele do czynienia z nastolatkami,
więc trudno było się dziwić, że sytuacja rozwinęła się tak, a nie inaczej. W
zasadzie nie było nawet tak źle, ich wybryki nie przekroczyły jeszcze
niewidzialnej granicy tego co dopuszczalne. Oczywiście organizowali imprezy, na
które przemycali alkohol i nie pracowali tak ciężko, jakby tego od nich wymagać.
Kiedy spadł pierwszy śnieg, ktoś ulepił tuż za oknem bałwana pokazującego
obsceniczny gest. Mistrz nie zauważył go wchodząc do sali i dopiero w połowie
zajęć zorientował się co jest źródłem niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Bałwan
był zresztą na tyle pomysłowy i dobrze wykonany, że chętnie utrwaliłby go
magicznie i przeniósł do budynku jako rzeźbę, gdyby nie to, jak fatalne skutki
wychowawcze mogłoby to za sobą nieść.
Tym,
co najbardziej przeszkadzało mu w młodzieńczych żartach i wyskokach, mających
miejsce w akademii, było nieuchronne uświadomienie sobie, że nie jest i nigdy
nie będzie ich częścią. Między nim, a jego uczniami stała niepokonana bariera,
która już nigdy nie zniknie. Tak też powinno być. Ale to uświadamiało Ombarowi,
jak bardzo doskwiera mu samotność i nuda.
Jego
dni stały się monotonne. Budził się rano, ubierał, jadł śniadanie, prowadził
zajęcia, na których cały czas musiał pilnować się, żeby nie powiedzieć za dużo,
w przerwie zjadał lunch, wieczorem kolację i szedł spać. Automatycznie
wykonywał też codzienne ćwiczenia fizyczne, które pozwalały mu utrzymać formę,
pisał raporty na temat postępów w pracy, a wieczorami przewracał stronice
książek, które dokupował w pobliskim mieście w weekendy, bo swój własny zbiór
znał już na pamięć. Czasem jechał tam też wieczorem, żeby posiedzieć w jednym z
zadymionych barów i podyskutować o czymś równie pasjonującym jak tegoroczne
rozgrywki sportowe czy polityka. Potrafił spędzić w ten sposób godziny.
Popijając raz na jakiś czas bliżej nieokreślony trunek, który podawał mu barman
o podejrzanym wyglądzie, podsycał konwersacyjny zapał spotykanych towarzyszy,
rzucając bezsensowne uwagi, wyważone na tyle, żeby lekko zirytować odbiorców.
Potem z zafascynowaniem obserwował ich fizjonomię. Stał się wręcz kolekcjonerem
zbulwersowanych twarzy o ściągniętych brwiach i zwężonych źrenicach,
zaciśniętych ust, z dobiegającymi zza nich zagadkowymi pomrukami, rozdętych
nozdrzy i pofukiwań. Cała reszta też była ciekawa: drgające pięty i kolana,
gwałtowne ruchy rąk czy bębnienie palcami w blat. Człowiek nawet nie spodziewa
się jakie rytmy jest w stanie wystukać swoimi palcami.
Kiedy
wreszcie Ombar czuł, że obserwacje tego typu go znużyły, wracał, ale w drodze
powrotnej orientował się, że tak naprawdę wciąż nie jest usatysfakcjonowany, bo
tym, czego tak naprawdę szukał nie była chwilowa przyjemność z zakłócenia monotonii
cudzego wieczoru. Nawet jeżeli nie całkiem świadomie, wciąż szukał towarzystwa,
które pozwoli mu się wyrwać z wszechogarniającego marazmu. W końcu nie mógł z
byle kim rozmawiać o energii, wynaturzeniach i ponadnaturalnych mocach. A jeśli nie mógł komuś opowiedzieć o tym, to
o czym mógł? O sprawach takich jak sport i polityka… I tak powstawało błędne
koło. A kiedy natykał się na Marie, Michela i Nicolasa obrzucających się
śnieżkami, albo słyszał głośną muzykę, dobiegającą z pokoju Lizzy, odczuwał
głęboki smutek, dochodząc do wniosku, że dla niego czasy dobrej zabawy minęły,
pozostawiając za sobą jedynie niewyraźną nić wspomnień.
Pewnego
wieczoru nie wiedział już sam, czy walczy z nudą, czy z przygnębieniem.
Pojechał do miasta, ale nie wstąpił nawet do księgarni, jak to miał w zwyczaju.
Poszedł od razu do jednego z mniej przyjaznych barów i zaszył się w kącie, tym
razem nie nawiązując z nikim kontaktu. Wbił wzrok w dno szklanki, gdzie nieliczne
refleksy świetlne tańczyły na rozpływających się krawędziach kostek lodu.
Muzyka szumiała mu w uszach. To nie był jego klimat; puszczano tu jakiś rodzaj
niezależnego rocka, który dla niego był w ogóle niecharakterystyczny. Dopił
resztę rozwodnionej cieczy, którą nazywano tu drinkiem i już miał wyjść, kiedy
ni stąd ni zowąd ktoś się do niego dosiadł.
Podniósł
wzrok i zmarszczył brwi. Siedziała przed nim kobieta na oko w jego wieku. Miała
ostre rysy i proste, czarne włosy, sięgające podbródka. Jej brązowe oczy
wpatrywały się w niego wnikliwie, tak, jakby go znała. Potwierdziły to jej
słowa.
-
Wyglądasz okropnie – stwierdziła suchym głosem, nieznacznie unosząc kąciki ust.
Ombar
przez chwilę czuł się, jakby jego serce zwolniło. To nie mogła być prawda. Wraz
z szokiem poczuł jednak ulgę. Nareszcie działo się coś ciekawego.
***CDN***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz