niedziela, 14 października 2018

Melancholia


Ombar był zmęczony. Nie potrafił wyznaczać granic, więc młodzież robiła pod jego nosem co chciała. Dotychczas nie miał zbyt wiele do czynienia z nastolatkami, więc trudno było się dziwić, że sytuacja rozwinęła się tak, a nie inaczej. W zasadzie nie było nawet tak źle, ich wybryki nie przekroczyły jeszcze niewidzialnej granicy tego co dopuszczalne. Oczywiście organizowali imprezy, na które przemycali alkohol i nie pracowali tak ciężko, jakby tego od nich wymagać. Kiedy spadł pierwszy śnieg, ktoś ulepił tuż za oknem bałwana pokazującego obsceniczny gest. Mistrz nie zauważył go wchodząc do sali i dopiero w połowie zajęć zorientował się co jest źródłem niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Bałwan był zresztą na tyle pomysłowy i dobrze wykonany, że chętnie utrwaliłby go magicznie i przeniósł do budynku jako rzeźbę, gdyby nie to, jak fatalne skutki wychowawcze mogłoby to za sobą nieść.
Tym, co najbardziej przeszkadzało mu w młodzieńczych żartach i wyskokach, mających miejsce w akademii, było nieuchronne uświadomienie sobie, że nie jest i nigdy nie będzie ich częścią. Między nim, a jego uczniami stała niepokonana bariera, która już nigdy nie zniknie. Tak też powinno być. Ale to uświadamiało Ombarowi, jak bardzo doskwiera mu samotność i nuda.
Jego dni stały się monotonne. Budził się rano, ubierał, jadł śniadanie, prowadził zajęcia, na których cały czas musiał pilnować się, żeby nie powiedzieć za dużo, w przerwie zjadał lunch, wieczorem kolację i szedł spać. Automatycznie wykonywał też codzienne ćwiczenia fizyczne, które pozwalały mu utrzymać formę, pisał raporty na temat postępów w pracy, a wieczorami przewracał stronice książek, które dokupował w pobliskim mieście w weekendy, bo swój własny zbiór znał już na pamięć. Czasem jechał tam też wieczorem, żeby posiedzieć w jednym z zadymionych barów i podyskutować o czymś równie pasjonującym jak tegoroczne rozgrywki sportowe czy polityka. Potrafił spędzić w ten sposób godziny. Popijając raz na jakiś czas bliżej nieokreślony trunek, który podawał mu barman o podejrzanym wyglądzie, podsycał konwersacyjny zapał spotykanych towarzyszy, rzucając bezsensowne uwagi, wyważone na tyle, żeby lekko zirytować odbiorców. Potem z zafascynowaniem obserwował ich fizjonomię. Stał się wręcz kolekcjonerem zbulwersowanych twarzy o ściągniętych brwiach i zwężonych źrenicach, zaciśniętych ust, z dobiegającymi zza nich zagadkowymi pomrukami, rozdętych nozdrzy i pofukiwań. Cała reszta też była ciekawa: drgające pięty i kolana, gwałtowne ruchy rąk czy bębnienie palcami w blat. Człowiek nawet nie spodziewa się jakie rytmy jest w stanie wystukać swoimi palcami.
Kiedy wreszcie Ombar czuł, że obserwacje tego typu go znużyły, wracał, ale w drodze powrotnej orientował się, że tak naprawdę wciąż nie jest usatysfakcjonowany, bo tym, czego tak naprawdę szukał nie była chwilowa przyjemność z zakłócenia monotonii cudzego wieczoru. Nawet jeżeli nie całkiem świadomie, wciąż szukał towarzystwa, które pozwoli mu się wyrwać z wszechogarniającego marazmu. W końcu nie mógł z byle kim rozmawiać o energii, wynaturzeniach i ponadnaturalnych mocach.  A jeśli nie mógł komuś opowiedzieć o tym, to o czym mógł? O sprawach takich jak sport i polityka… I tak powstawało błędne koło. A kiedy natykał się na Marie, Michela i Nicolasa obrzucających się śnieżkami, albo słyszał głośną muzykę, dobiegającą z pokoju Lizzy, odczuwał głęboki smutek, dochodząc do wniosku, że dla niego czasy dobrej zabawy minęły, pozostawiając za sobą jedynie niewyraźną nić wspomnień.
Pewnego wieczoru nie wiedział już sam, czy walczy z nudą, czy z przygnębieniem. Pojechał do miasta, ale nie wstąpił nawet do księgarni, jak to miał w zwyczaju. Poszedł od razu do jednego z mniej przyjaznych barów i zaszył się w kącie, tym razem nie nawiązując z nikim kontaktu. Wbił wzrok w dno szklanki, gdzie nieliczne refleksy świetlne tańczyły na rozpływających się krawędziach kostek lodu. Muzyka szumiała mu w uszach. To nie był jego klimat; puszczano tu jakiś rodzaj niezależnego rocka, który dla niego był w ogóle niecharakterystyczny. Dopił resztę rozwodnionej cieczy, którą nazywano tu drinkiem i już miał wyjść, kiedy ni stąd ni zowąd ktoś się do niego dosiadł.
Podniósł wzrok i zmarszczył brwi. Siedziała przed nim kobieta na oko w jego wieku. Miała ostre rysy i proste, czarne włosy, sięgające podbródka. Jej brązowe oczy wpatrywały się w niego wnikliwie, tak, jakby go znała. Potwierdziły to jej słowa.
- Wyglądasz okropnie – stwierdziła suchym głosem, nieznacznie unosząc kąciki ust.
Ombar przez chwilę czuł się, jakby jego serce zwolniło. To nie mogła być prawda. Wraz z szokiem poczuł jednak ulgę. Nareszcie działo się coś ciekawego.
***CDN***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz