W
mroku nieoświetlonej jadalni czaiła się niespokojna postać. Joanne siedziała
przy mahoniowym stole, z całej siły zaciskając dłonie. Ich mistrz uważał ją za
coś w rodzaju mistrzyni zen, której nic nie jest w stanie wyprowadzić z
równowagi. Gdyby wiedział, jak bardzo się mylił. Owszem, Joanne potrafiła
odsuwać od siebie troski lepiej niż ktokolwiek. Odpychała je daleko, chowała w
ciemnym kącie, aż w pewnym momencie sama była już prawie pewna, że nigdy nie
istniały. Wtedy osiągała formę o jakiej kiedyś nawet nie śniła. Ale bywały dni
takie jak dzisiaj. Dni, kiedy cienie wypełzały z ukrycia, przesłaniając jej
widok na świat. Choć usilnie z nimi walczyła, pochłaniały ją. Zazwyczaj radziła
sobie z tym po dłuższym czasie, ale tego dnia było gorzej. Może to przez
opowieść Ombara. Może to przez świadomość, że pośród ich małej gromadki do
głównie do niej i Herba kierował swoje słowa. W innych warunkach byłaby
zaszczycona. W wyznaczonym momencie wkroczyłaby w ciemność, chroniąc świat
przed wybuchem tego, na co nie był gotowy. Pokonałaby mroczne wytwory nadmiaru
energii ze spokojem, nie zastanawiając się nad niczym, ale… Co jeśli to mrok
pochłonie ją? Jeśli zrobi to tuż przed jej wejściem do Tunelu? Albo co gorsza w
trakcie?
Za
przeszkloną ścianą padał śnieg. Płatki wirowały w ciemności, migocząc na tle
granatowo-czarnego nieba. Odbijał się w nich blask zapalonych na wyższym
piętrze okien. Joanne podeszła z zawahaniem do drzwi i wyszła na zewnątrz. Jej
obawy były bezpodstawne – choć zima zbliżała się wielkimi krokami, nie było
jeszcze mroźno. Błękitny wełniany szalik i gruby sweter stanowiły na razie
wystarczającą barierę dla chłodu.
Usiadła
z boku, na jednej z ławek nieopodal jeziora. Gdyby była w stanie zająć swoje
myśli czym innym, mogłaby cieszyć się pięknem jesiennego wieczoru. Ich szkoła
stała na odludziu, więc pomiędzy przemykającymi przez niebo chmurami spokojnie
dało się dostrzec połyskujące gwiazdy. Ale ich urok był niczym w porównaniu do
rojących się w głowie dziewczyny myśli.
Nagle
usłyszała za sobą jakiś szelest. Obróciła się szybko.
-
Ach, to ty – westchnęła z ulgą.
Dosiadł
się do niej Herb. Miał na sobie brązowy, dzianinowy sweter i ciepłą czapkę, ale
usta i tak posiniały mu z zimna. Pewnie wybrał się na jeden ze swoich spacerów
po lesie.
Przez
chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu chłopak wyjął z kieszeni papierosy i zapalniczkę.
Joanne spojrzała na niego spod uniesionych brwi, kiedy podał jej jednego.
-
Ombar mówi, że to zakłóca…
-
Ombar mówi różne rzeczy – przerwał jej Herb, wzruszając ramionami.
Dziewczyna
wahała się jeszcze chwilę, ale w końcu złapała zaoferowanego papierosa.
Zapaliła i momentalnie zaczęła się krztusić.
-
To tylko tytoń, prawda? – zapytała z niepokojem, kiedy w końcu udało się jej
złapać oddech. Chłopak uśmiechnął się tylko zagadkowo, nie rozjaśniając jej
wątpliwości. Joanne już miała zgasić papierosa, ale nagle poczuła, że
trzymające ją z swoich kleszczach cienie rozrzedzają się, zostawiając ją w
spokoju. Herb jeszcze raz na nią spojrzał, tym razem ze szczerym, szerokim
uśmiechem.
-
Pomogło?
Kiedy
zobaczył jak kiwa głową, jego uśmiech zrobił się jeszcze szerszy.
-
Skąd wiedziałeś?
-
Ombar dał mi książkę o magicznych ziołach… Wydaje mi się, że sam jej dokładnie
nie czytał.
-
Chodziło mi o mnie. Skąd wiedziałeś?
Herb
grzebał chwilę patykiem w rozmokłej ziemi zanim jej odpowiedział. Podniósł
wzrok i nagle Joanne dostrzegła, że jego błyszczące oczy są niezwykle
przenikliwe, choć nigdy nie zwróciło to jej uwagi.
-
Wszyscy miewamy cięższe momenty – stwierdził w końcu niefrasobliwie. Dziewczyna
wyczuła, że kryje się za tym coś jeszcze. Postanowiła jednak nie naciskać. Jeśli
chłopak nie chce jej powiedzieć, to i tak nie powie. Siedziała więc cicho,
czekając, aż towarzysz zniknie, zwracając jej zakłócone odosobnienie. On jednak
nie ruszał się z miejsca. Obserwował z zaciekawieniem jak Joanne coraz
sprawniej wdycha i wydycha dym.
-
Więc co sprowadziło cię do krainy wariatów wierzących w magię? – zapytał w
końcu, zmęczony ciszą, która między dwójką przyjaciół mogłaby być chwilą
wytchnienia, ale między dwojgiem ledwie znających się ludzi zmieniała się powoli
w męczarnię.
-
Magię? – powtórzyła za nim dziewczyna, krzywiąc się z niesmakiem. – Wcale nie
wierzę w magię.
Zdziwiony
wbił w nią wzrok, a jego usta rozchyliły się z zaskoczenia.
-
W takim razie czym zajmujemy się na zajęciach z przekształcania energii? –
zapytał powoli, jakby była opóźniona i nie rozumiała jego słów.
-
Właśnie tym. Przekształcaniem energii – odpowiedziała sucho.
Nie
chodziło o to, że nie była mu wdzięczna za pomoc. Nie należała jednak do
wylewnych osób. Prowadzenie pogawędek nie było w jej guście. Nie pasowało jej
też nadawanie pewnym czynnościom miana, na które nie zasługiwały. Kiedy
zauważyła, że chłopak wciąż się w nią wpatruje, postanowiła wyjaśnić nieco
sytuację.
-
Magia brzmi, jakbyśmy robili coś nadprzyrodzonego.
-
A tak nie jest?
-
Nie. Cały wszechświat jest wytworem energii. Jako należące do niego istoty też
jesteśmy jej wytworem. Umiejętność przekształcania energii to nie magia. To
rzemieślnictwo. Kreowanie z nietypowego budulca.
Tylko
jej poirytowanie sprawiło, że Herbowi nie chciało się z nią spierać. Wrócił
więc do wcześniejszej kwestii.
-
Nie odpowiedziałaś na wcześniejsze pytanie. Czemu postanowiłaś tu przyjechać?
Sama
zdziwiła się, że zamiast przerwać prowadzącą donikąd rozmowę, po prostu
odpowiedziała, nieznacznie się krzywiąc.
-
Chciałam zrobić na złość rodzicom. Mieli mnie wysłać do prestiżowej szkoły.
-
Przynajmniej się tobą przejmują – mruknął cicho chłopak, wbijając wzrok w
ziemię. Joanne nie była nawet pewna, czy rzeczywiście to powiedział, czy może
się przesłyszała.
-
Też myślałaś na początku, że to jakaś sekta? – zapytał po chwili, dużo lżejszym
tonem.
-
Tak – odpowiedziała z uśmiechem. –Akademia Cieni? To nie brzmi poważnie.
Pomyślałam, że kiedy okaże się, że to tylko przykrywka dla sekty, rodzice
jeszcze bardziej się zdenerwują.
-
Musisz mieć z nimi na pieńku.
Dziewczyna
wzruszyła ramionami, ucinając temat.
-
A ty, czemu tu jesteś?
-
Moi rodzice sami mnie tu wysłali. Miałem kłopoty. Wysłanie mnie jak najdalej
się da wydawało się najlepszym rozwiązaniem.
Joanne
spojrzała na niego ze zdziwieniem. To prawda, że Herb był swego rodzaju
lekkoduchem, ale był też zdolny i inteligentny.
-
Nie pomyślałabym, że jesteś osobą z problemami – stwierdziła, zanim zdążyła
ugryźć się w język.
-
Zaskakujące, prawda? – Uśmiechnął się, wstając. – Zabawne, to samo mógłbym
powiedzieć o tobie.
Znikając
w drzwiach budynku mieszczącego ich pokoje, poradził jej jeszcze, żeby nie
siedziała długo, bo jutro czekają ich zajęcia z samego rana i życzył dobrej
nocy.
Podnosząc
się ze swojego miejsca i otulając wilgotnym od rozmokłych płatków śniegu
swetrem, Joanne głęboko odetchnęła. Problemy, które jeszcze przed chwilą
zapędzały ją w kozi róg, nagle wydały się jej błahe. W jednym momencie
zrozumiała, że być może wcale nie są przeszkodą na drodze do równowagi.
Starczyło je oswoić i zaakceptować, a mogły się stać jej podstawą.
***CDN***