Pierwszym
dźwiękiem jaki zagościł w Akademii Cieni po przybyciu nowych mieszkańców był
nie śmiech, czy nawet gwar rozmów, ale niesamowicie irytujący warkot
walizkowych kółek, ocierających się o kamienną ścieżkę. Niektórych uczniów przywieźli
rodzice, mając nadzieję, że uda im się przy okazji porozmawiać z mistrzem.
Ombar musiał użyć całego swojego sprytu, żeby wymigać się od tych nudnych
pogawędek. Wystarczająco zmęczył go już proces przekonywania tych ludzi do
wysłania dzieci do jego szkoły. Na jego szczęście słowa „ukryty talent” i „stypendium”
zawsze wzbudzały w rodzicach wielki entuzjazm. Opiekunowie nie byli jednak
jedyną komplikacją na drodze do otworzenia Akademii Cieni. Sporo czasu zajęło
Ombarowi samo zlokalizowanie nadającej się młodzieży. Jeździł tu i tam, wysłuchując
wszystkich plotek i starając się namierzyć kogoś godnego uwagi. Młode,
nieszkolone osoby przejawiały zazwyczaj wyraźne symptomy. Nadmiar kotłującej
się w nich energii mógł wywołać napady agresji. Czasem też poczucie
niezrozumienia i potrzebę odizolowania się od reszty rówieśników. W małych
miasteczkach krążyły historie na temat tych osób. Gorzej było z większymi
miastami – tam prawie każdy wydawał się potencjalnym kandydatem i dopiero po
obserwacji dało się stwierdzić, czy jest nim rzeczywiście, czy też nie.
W
końcu jednak znalazł odpowiednią dziesiątkę. Nie była to powalająca liczba, ale
na razie starczyła. I tak musiał ich szkolić sam. Po wojnie zostało ich
niewielu. Nikt nie mógł mu pomóc – każdy miał swoją akademię. Może z tej
dziesiątki wyrosną przyszli mistrzowie? A może wśród kolejnych uczniów znajdą
się późniejsi nauczyciele? Obcowanie z energią, czy też jak kto woli –
czarowanie, na wiele sposobów wpływało na życie człowieka. Przede wszystkim
wydłużało je. Ombar mógł przez wiele kolejnych lat obserwować dorastającą
młodzież i włączać ją w ich szeregi, jeśli to tylko będzie konieczne. W którymś
momencie nikt nie dostrzeże między nimi różnicy wieku.
Już
po kilku dniach dostrzegł, że wśród przybyłych jest kilka wyjątkowych osób. Przed
wszystkim Joanne. Spokojna, niewysoka dziewczyna o jasnych włosach, kryła w
sobie wyjątkową siłę. Jej największym atutem była niesamowita umiejętność
osiągania równowagi duchowej. Kiedy inni denerwowali się, unosili gniewem, albo
popełniali błędy ze stresu, Joanne przymykała tylko wodniste oczy i w ciągu
kilku sekund odpychała od siebie wszystko, co mogło ją zdekoncentrować.
Pozwalało jej to na osiągnięcie niezwykłej precyzji, która przyczyniała się do szybkich
postępów w nauce.
Równie
zdolny był Herb, ale jego talent przejawiał się w zgoła kontrastowy sposób.
Joanne czerpała swoją siłę z porządku, Herb – z chaosu. Wiecznie
nieuporządkowany, ze skłonnością do podejrzanych ziół i dziwnym zamiłowaniem do
tańca, nie był może tak precyzyjny jak jego rówieśniczka. Przewagę dawała mu
jednak szybkość i zwinność. Wieczne zrelaksowanie pomagało mu też uniknąć
ulegania lękom, a chaotyczność zapewniała nieprzewidywalność.
Podczas
ćwiczenia sztuk walki, kiedy tylko uczniowie osiągnęli wystarczający poziom,
Ombar lubił łączyć tę dwójkę w parę. Zapewniało to nie tylko spektakularny
widok, ale też inspirację dla pozostałych. Szczególnie dla niesamowicie upartej
Adelaide, której wieczną ambicją było dorównanie tej dwójce. Była od nich rok
młodsza, ale wieku dodawały jej zapadnięte, ciemne oczy i usta, które
pozostawały tak zacięte, że mistrz wątpił, czy kiedykolwiek widział wcześniej takie
zdeterminowanie.
Pozostali
uczniowie też byli niczego sobie. Quinn, chłopak o indiańskim pochodzeniu, w
krótkim czasie nauczył się rozróżniać wszystkie magiczne rośliny. Została mu
powierzona opieka nad ogrodem. Ruda Lizzy i złotowłosy Klaudius , choć nieco
leniwi, całkiem nieźle radzili sobie z wykorzystywaniem energii. Prawdopodobnie
szłoby im to jeszcze lepiej, gdyby poświęcali temu czas, zamiast spędzać całe
dnie nad jeziorem, myśląc, że Ombar nie wie, gdzie są. Kilka razy udzielił im
nagany, za nie pojawianie się na zajęciach. Później stwierdził jednak, że rola
rygorystycznego nauczyciela nie jest dla niego. Jeśli im nie zależało, to czemu
jemu miało zależeć? Najbardziej żal było mu bardzo zdolnej, najmłodszej z
uczennic – Loli, która często dołączała do wagarowiczów. Gdyby tego nie robiła,
może wykazałaby umiejętności na miarę Herba i Joanne.
Była
jeszcze Marie, która nie znała angielskiego, co wszystkim utrudniało
komunikację. Wykazywała też wyjątkową odporność na jakiekolwiek próby przyswojenia
języków obcych. Michel, który, choć w nieco lepszej sytuacji językowej,
wyjątkowo nie chciał posługiwać się innym językiem niż francuski. Podobnie jego
młodszy brat Nicolas. Teoretycznie Ombar mógłby to zrozumieć – w końcu
znajdowali się na terytorium Francji. Jednak z drugiej strony, nie w każdym
kraju stanęła Akademia Cieni i trzeba było to akceptować. Od początku też
założyli, że równo podzielą się uczniami. Tam gdzie było ich więcej, parę osób
odsyłano do innego kraju.
Teraz
przed Ombarem stało kolejne zadanie. Musiał powiadomić swoich uczniów o próbie
Tunelu, której docelowo mieli zostać poddani. W końcu taki był cel stworzenia
tej szkoły i zgromadzenia ich w niej. Tylko w jaki sposób przedstawić to im,
żeby wejście do jaskini pełnej czarów, z której mogą nigdy nie wyjść, zabrzmiało
zachęcająco?
***CDN***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz