wtorek, 4 września 2018

Pierwsi uczniowie


Pierwszym dźwiękiem jaki zagościł w Akademii Cieni po przybyciu nowych mieszkańców był nie śmiech, czy nawet gwar rozmów, ale niesamowicie irytujący warkot walizkowych kółek, ocierających się o kamienną ścieżkę. Niektórych uczniów przywieźli rodzice, mając nadzieję, że uda im się przy okazji porozmawiać z mistrzem. Ombar musiał użyć całego swojego sprytu, żeby wymigać się od tych nudnych pogawędek. Wystarczająco zmęczył go już proces przekonywania tych ludzi do wysłania dzieci do jego szkoły. Na jego szczęście słowa „ukryty talent” i „stypendium” zawsze wzbudzały w rodzicach wielki entuzjazm. Opiekunowie nie byli jednak jedyną komplikacją na drodze do otworzenia Akademii Cieni. Sporo czasu zajęło Ombarowi samo zlokalizowanie nadającej się młodzieży. Jeździł tu i tam, wysłuchując wszystkich plotek i starając się namierzyć kogoś godnego uwagi. Młode, nieszkolone osoby przejawiały zazwyczaj wyraźne symptomy. Nadmiar kotłującej się w nich energii mógł wywołać napady agresji. Czasem też poczucie niezrozumienia i potrzebę odizolowania się od reszty rówieśników. W małych miasteczkach krążyły historie na temat tych osób. Gorzej było z większymi miastami – tam prawie każdy wydawał się potencjalnym kandydatem i dopiero po obserwacji dało się stwierdzić, czy jest nim rzeczywiście, czy też nie.
W końcu jednak znalazł odpowiednią dziesiątkę. Nie była to powalająca liczba, ale na razie starczyła. I tak musiał ich szkolić sam. Po wojnie zostało ich niewielu. Nikt nie mógł mu pomóc – każdy miał swoją akademię. Może z tej dziesiątki wyrosną przyszli mistrzowie? A może wśród kolejnych uczniów znajdą się późniejsi nauczyciele? Obcowanie z energią, czy też jak kto woli – czarowanie, na wiele sposobów wpływało na życie człowieka. Przede wszystkim wydłużało je. Ombar mógł przez wiele kolejnych lat obserwować dorastającą młodzież i włączać ją w ich szeregi, jeśli to tylko będzie konieczne. W którymś momencie nikt nie dostrzeże między nimi różnicy wieku.
Już po kilku dniach dostrzegł, że wśród przybyłych jest kilka wyjątkowych osób. Przed wszystkim Joanne. Spokojna, niewysoka dziewczyna o jasnych włosach, kryła w sobie wyjątkową siłę. Jej największym atutem była niesamowita umiejętność osiągania równowagi duchowej. Kiedy inni denerwowali się, unosili gniewem, albo popełniali błędy ze stresu, Joanne przymykała tylko wodniste oczy i w ciągu kilku sekund odpychała od siebie wszystko, co mogło ją zdekoncentrować. Pozwalało jej to na osiągnięcie niezwykłej precyzji, która przyczyniała się do szybkich postępów w nauce.
Równie zdolny był Herb, ale jego talent przejawiał się w zgoła kontrastowy sposób. Joanne czerpała swoją siłę z porządku, Herb – z chaosu. Wiecznie nieuporządkowany, ze skłonnością do podejrzanych ziół i dziwnym zamiłowaniem do tańca, nie był może tak precyzyjny jak jego rówieśniczka. Przewagę dawała mu jednak szybkość i zwinność. Wieczne zrelaksowanie pomagało mu też uniknąć ulegania lękom, a chaotyczność zapewniała nieprzewidywalność.
Podczas ćwiczenia sztuk walki, kiedy tylko uczniowie osiągnęli wystarczający poziom, Ombar lubił łączyć tę dwójkę w parę. Zapewniało to nie tylko spektakularny widok, ale też inspirację dla pozostałych. Szczególnie dla niesamowicie upartej Adelaide, której wieczną ambicją było dorównanie tej dwójce. Była od nich rok młodsza, ale wieku dodawały jej zapadnięte, ciemne oczy i usta, które pozostawały tak zacięte, że mistrz wątpił, czy kiedykolwiek widział wcześniej takie zdeterminowanie.
Pozostali uczniowie też byli niczego sobie. Quinn, chłopak o indiańskim pochodzeniu, w krótkim czasie nauczył się rozróżniać wszystkie magiczne rośliny. Została mu powierzona opieka nad ogrodem. Ruda Lizzy i złotowłosy Klaudius , choć nieco leniwi, całkiem nieźle radzili sobie z wykorzystywaniem energii. Prawdopodobnie szłoby im to jeszcze lepiej, gdyby poświęcali temu czas, zamiast spędzać całe dnie nad jeziorem, myśląc, że Ombar nie wie, gdzie są. Kilka razy udzielił im nagany, za nie pojawianie się na zajęciach. Później stwierdził jednak, że rola rygorystycznego nauczyciela nie jest dla niego. Jeśli im nie zależało, to czemu jemu miało zależeć? Najbardziej żal było mu bardzo zdolnej, najmłodszej z uczennic – Loli, która często dołączała do wagarowiczów. Gdyby tego nie robiła, może wykazałaby umiejętności na miarę Herba i Joanne.
Była jeszcze Marie, która nie znała angielskiego, co wszystkim utrudniało komunikację. Wykazywała też wyjątkową odporność na jakiekolwiek próby przyswojenia języków obcych. Michel, który, choć w nieco lepszej sytuacji językowej, wyjątkowo nie chciał posługiwać się innym językiem niż francuski. Podobnie jego młodszy brat Nicolas. Teoretycznie Ombar mógłby to zrozumieć – w końcu znajdowali się na terytorium Francji. Jednak z drugiej strony, nie w każdym kraju stanęła Akademia Cieni i trzeba było to akceptować. Od początku też założyli, że równo podzielą się uczniami. Tam gdzie było ich więcej, parę osób odsyłano do innego kraju.
Teraz przed Ombarem stało kolejne zadanie. Musiał powiadomić swoich uczniów o próbie Tunelu, której docelowo mieli zostać poddani. W końcu taki był cel stworzenia tej szkoły i zgromadzenia ich w niej. Tylko w jaki sposób przedstawić to im, żeby wejście do jaskini pełnej czarów, z której mogą nigdy nie wyjść, zabrzmiało zachęcająco?
***CDN***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz