środa, 19 września 2018

Cienie przeszłości


W mroku nieoświetlonej jadalni czaiła się niespokojna postać. Joanne siedziała przy mahoniowym stole, z całej siły zaciskając dłonie. Ich mistrz uważał ją za coś w rodzaju mistrzyni zen, której nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Gdyby wiedział, jak bardzo się mylił. Owszem, Joanne potrafiła odsuwać od siebie troski lepiej niż ktokolwiek. Odpychała je daleko, chowała w ciemnym kącie, aż w pewnym momencie sama była już prawie pewna, że nigdy nie istniały. Wtedy osiągała formę o jakiej kiedyś nawet nie śniła. Ale bywały dni takie jak dzisiaj. Dni, kiedy cienie wypełzały z ukrycia, przesłaniając jej widok na świat. Choć usilnie z nimi walczyła, pochłaniały ją. Zazwyczaj radziła sobie z tym po dłuższym czasie, ale tego dnia było gorzej. Może to przez opowieść Ombara. Może to przez świadomość, że pośród ich małej gromadki do głównie do niej i Herba kierował swoje słowa. W innych warunkach byłaby zaszczycona. W wyznaczonym momencie wkroczyłaby w ciemność, chroniąc świat przed wybuchem tego, na co nie był gotowy. Pokonałaby mroczne wytwory nadmiaru energii ze spokojem, nie zastanawiając się nad niczym, ale… Co jeśli to mrok pochłonie ją? Jeśli zrobi to tuż przed jej wejściem do Tunelu? Albo co gorsza w trakcie?
Za przeszkloną ścianą padał śnieg. Płatki wirowały w ciemności, migocząc na tle granatowo-czarnego nieba. Odbijał się w nich blask zapalonych na wyższym piętrze okien. Joanne podeszła z zawahaniem do drzwi i wyszła na zewnątrz. Jej obawy były bezpodstawne – choć zima zbliżała się wielkimi krokami, nie było jeszcze mroźno. Błękitny wełniany szalik i gruby sweter stanowiły na razie wystarczającą barierę dla chłodu.
Usiadła z boku, na jednej z ławek nieopodal jeziora. Gdyby była w stanie zająć swoje myśli czym innym, mogłaby cieszyć się pięknem jesiennego wieczoru. Ich szkoła stała na odludziu, więc pomiędzy przemykającymi przez niebo chmurami spokojnie dało się dostrzec połyskujące gwiazdy. Ale ich urok był niczym w porównaniu do rojących się w głowie dziewczyny myśli.
Nagle usłyszała za sobą jakiś szelest. Obróciła się szybko.
- Ach, to ty – westchnęła z ulgą.
Dosiadł się do niej Herb. Miał na sobie brązowy, dzianinowy sweter i ciepłą czapkę, ale usta i tak posiniały mu z zimna. Pewnie wybrał się na jeden ze swoich spacerów po lesie.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu chłopak wyjął z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Joanne spojrzała na niego spod uniesionych brwi, kiedy podał jej jednego.
- Ombar mówi, że to zakłóca…
- Ombar mówi różne rzeczy – przerwał jej Herb, wzruszając ramionami.
Dziewczyna wahała się jeszcze chwilę, ale w końcu złapała zaoferowanego papierosa. Zapaliła i momentalnie zaczęła się krztusić.
- To tylko tytoń, prawda? – zapytała z niepokojem, kiedy w końcu udało się jej złapać oddech. Chłopak uśmiechnął się tylko zagadkowo, nie rozjaśniając jej wątpliwości. Joanne już miała zgasić papierosa, ale nagle poczuła, że trzymające ją z swoich kleszczach cienie rozrzedzają się, zostawiając ją w spokoju. Herb jeszcze raz na nią spojrzał, tym razem ze szczerym, szerokim uśmiechem.
- Pomogło?
Kiedy zobaczył jak kiwa głową, jego uśmiech zrobił się jeszcze szerszy.
- Skąd wiedziałeś?
- Ombar dał mi książkę o magicznych ziołach… Wydaje mi się, że sam jej dokładnie nie czytał.
- Chodziło mi o mnie. Skąd wiedziałeś?
Herb grzebał chwilę patykiem w rozmokłej ziemi zanim jej odpowiedział. Podniósł wzrok i nagle Joanne dostrzegła, że jego błyszczące oczy są niezwykle przenikliwe, choć nigdy nie zwróciło to jej uwagi.
- Wszyscy miewamy cięższe momenty – stwierdził w końcu niefrasobliwie. Dziewczyna wyczuła, że kryje się za tym coś jeszcze. Postanowiła jednak nie naciskać. Jeśli chłopak nie chce jej powiedzieć, to i tak nie powie. Siedziała więc cicho, czekając, aż towarzysz zniknie, zwracając jej zakłócone odosobnienie. On jednak nie ruszał się z miejsca. Obserwował z zaciekawieniem jak Joanne coraz sprawniej wdycha i wydycha dym.
- Więc co sprowadziło cię do krainy wariatów wierzących w magię? – zapytał w końcu, zmęczony ciszą, która między dwójką przyjaciół mogłaby być chwilą wytchnienia, ale między dwojgiem ledwie znających się ludzi zmieniała się powoli w męczarnię.
- Magię? – powtórzyła za nim dziewczyna, krzywiąc się z niesmakiem. – Wcale nie wierzę w magię.
Zdziwiony wbił w nią wzrok, a jego usta rozchyliły się z zaskoczenia.
- W takim razie czym zajmujemy się na zajęciach z przekształcania energii? – zapytał powoli, jakby była opóźniona i nie rozumiała jego słów.
- Właśnie tym. Przekształcaniem energii – odpowiedziała sucho.
Nie chodziło o to, że nie była mu wdzięczna za pomoc. Nie należała jednak do wylewnych osób. Prowadzenie pogawędek nie było w jej guście. Nie pasowało jej też nadawanie pewnym czynnościom miana, na które nie zasługiwały. Kiedy zauważyła, że chłopak wciąż się w nią wpatruje, postanowiła wyjaśnić nieco sytuację.
- Magia brzmi, jakbyśmy robili coś nadprzyrodzonego.
- A tak nie jest?
- Nie. Cały wszechświat jest wytworem energii. Jako należące do niego istoty też jesteśmy jej wytworem. Umiejętność przekształcania energii to nie magia. To rzemieślnictwo. Kreowanie z nietypowego budulca.
Tylko jej poirytowanie sprawiło, że Herbowi nie chciało się z nią spierać. Wrócił więc do wcześniejszej kwestii.
- Nie odpowiedziałaś na wcześniejsze pytanie. Czemu postanowiłaś tu przyjechać?
Sama zdziwiła się, że zamiast przerwać prowadzącą donikąd rozmowę, po prostu odpowiedziała, nieznacznie się krzywiąc.
- Chciałam zrobić na złość rodzicom. Mieli mnie wysłać do prestiżowej szkoły.
- Przynajmniej się tobą przejmują – mruknął cicho chłopak, wbijając wzrok w ziemię. Joanne nie była nawet pewna, czy rzeczywiście to powiedział, czy może się przesłyszała.
- Też myślałaś na początku, że to jakaś sekta? – zapytał po chwili, dużo lżejszym tonem.
- Tak – odpowiedziała z uśmiechem. –Akademia Cieni? To nie brzmi poważnie. Pomyślałam, że kiedy okaże się, że to tylko przykrywka dla sekty, rodzice jeszcze bardziej się zdenerwują.
- Musisz mieć z nimi na pieńku.
Dziewczyna wzruszyła ramionami, ucinając temat.
- A ty, czemu tu jesteś?
- Moi rodzice sami mnie tu wysłali. Miałem kłopoty. Wysłanie mnie jak najdalej się da wydawało się najlepszym rozwiązaniem.
Joanne spojrzała na niego ze zdziwieniem. To prawda, że Herb był swego rodzaju lekkoduchem, ale był też zdolny i inteligentny.
- Nie pomyślałabym, że jesteś osobą z problemami – stwierdziła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
- Zaskakujące, prawda? – Uśmiechnął się, wstając. – Zabawne, to samo mógłbym powiedzieć o tobie.
Znikając w drzwiach budynku mieszczącego ich pokoje, poradził jej jeszcze, żeby nie siedziała długo, bo jutro czekają ich zajęcia z samego rana i życzył dobrej nocy.
Podnosząc się ze swojego miejsca i otulając wilgotnym od rozmokłych płatków śniegu swetrem, Joanne głęboko odetchnęła. Problemy, które jeszcze przed chwilą zapędzały ją w kozi róg, nagle wydały się jej błahe. W jednym momencie zrozumiała, że być może wcale nie są przeszkodą na drodze do równowagi. Starczyło je oswoić i zaakceptować, a mogły się stać jej podstawą.
***CDN***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz