Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nienasyceni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nienasyceni. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2020

Cienka granica


– Miałaś swoje powody, żeby się tu pojawić – stwierdził mistrz, zamykając za Nefris drzwi do swojego gabinetu.
Najpierw przenieśli sparaliżowanych uczniów do ich pokojów. Później zablokowali drzwi pozostałej czwórki śpiących, wsuwając pod nie kartki z ostrzeżeniem, żeby nie opuszczali swoich sypialni. Mogli ich obudzić, ale nie chcieli wywoływać paniki. W końcu, nie mogąc dłużej odkładać konfrontacji, znaleźli się tutaj, twarzą w twarz.
Nefris wiedziała, że zaprzeczanie jest bezcelowe. Ton Ombara świadczył, że jakiekolwiek próby wykręcenia się zostaną od razu ucięte i uznane za niepoważne.
– Owszem, miałam – przyznała, przełykając głośno ślinę. – Ale to nie znaczy, że jestem odpowiedzialna za to, co stało się na korytarzu.
– Dlaczego miałbym ci wierzyć? Nigdy nie byliśmy blisko, zawsze szłaś własnymi ścieżkami i nie jestem pewien, czy naprawdę mogę powiedzieć, że ci ufam.
­– W takim razie czemu w ogóle pozwoliłeś mi tu zamieszkać?
Zrobiła krok wprzód o spojrzała mu głęboko w oczy.
– Will – szepnęła ledwo słyszalnie. – Gdybyś wobec wszystkich był tak nieufny, moglibyśmy nie mieć tego problemu… – Przerwała nagle, choć wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś więcej. Zmarszczyła brwi, odsunęła się i podeszła do okna.
Ombar nie do końca wiedział jak się zachować. Był zły, że doszło do czegoś takiego, rozczarowany, że Nefris nie chce po prostu wyjaśnić co się dzieje, choć wyraźnie wie coś na ten temat, zawiedziony sam sobą, że kiedy spotkał ją w barze, nie odwrócił się i nie poszedł swoją drogą… Właściwie czemu tego nie zrobił?
– Nefris… – zrobił kilka kroków w jej stronę i położył jej dłoń na ramieniu. Odwróciła się pod wpływem gestu. Zobaczył, że jej oczy są wilgotne, choć po jej policzkach nie ciekły żadne łzy. Była roztrzęsiona, co sprawiło, że jego osąd nieco złagodniał. Nefris bardzo rzadko okazywała emocje.
– Emilia zawsze coś w tobie widziała. Nie rozmawiamy, ale jeśli kiedyś mi wybaczy… Nie chciałem jej mówić, że odmówiłem schronienia jej przyjaciółce. Nie rozumiem do końca, co się dzieje, ale wiem, jaki rodzaj magii wywołuje takie efekty. Wiem też, kto się nie zajmował, jeszcze zanim stary porządek upadł. Jak mogę ci uwierzyć, że nie masz z tym nic wspólnego, szczególnie, kiedy nie chcesz mi nic powiedzieć?
– Wiem, co myślisz – odpowiedziała w końcu, a ton jej głosu jak zwykle pozostał bez emocji. A jednak kłębiły się one także w jej głowie, choć nauczyła się to dobrze ukrywać.
Czy to był ostatni epizod jej przygód w Akademii Cieni? Czasem koniec następuje, zanim jeszcze tak naprawdę człowiek zorientuje się, że coś się zaczęło. Kiedy nic nie oczekuje, otrzymuje wiele, ale kiedy zaczyna mu na czymś zależeć… Nefris była tu dopiero chwilę, ale zdążyła się przyzwyczaić do tutejszego trybu życia. Zanim Ombar zgodził się ją chronić, była przekonana, że i bez niego sobie poradzi. Jednak teraz, kiedy kolejne słowa miały zaważyć na jej losie, zastanawiała się, jak? Jak poradzi sobie w świecie, który się zmienił, w którym mało kogo zna, a tym bardziej komu może choć w jednej milionowej zaufać? Ombar miał nad nią przewagę, a ona mogła skreślić swoją pozycję zarówno wyznaniem, jak i jego brakiem.
– W trakcie wojny… – zaczęła, prawie że drżącym głosem, wbijając wzrok w ciemne, nieprzeniknione oczy rozmówcy. – Nikt z was nie wiedział gdzie jesteśmy.
Zawiesiła się na chwilę. Ombar pokiwał zachęcająco głową, patrząc na nią uważnie, ale z pewną dozą zniecierpliwienia.
– Badałyście magię dawnych plemion… Przed wojną rodzice wtajemniczyli mnie w te kwestie. Przynajmniej twoja matka badała, ale zgaduję, że brałaś w tym udział.
– To prawda. Mama pierwszy raz zabrała mnie ze sobą. Byłyśmy w Egipcie, ale pewien trop zaprowadził nas do Ameryki Południowej. Tam odkryłyśmy dużo więcej niż kiedykolwiek… Ale zaczęły się zamieszki i nie wiedziałyśmy, czy wracać do domu…
­– Co masz na myśli przez „dużo więcej niż kiedykolwiek”? ­– zapytał ożywionym głosem, przerywając jej wywód.
Opuściła oczy, a potem podniosła je na nowo. Jej dolna warga drżała.
– Obiecałam, że nigdy o tym nikomu nie powiem. Nie mogę złamać tego przyrzeczenia! Ombar, ja… Dokonałam pewnej wymiany i jeśli teraz coś ci powiem, nie jestem w stanie przewidzieć, jakie będą skutki.
– Czyli nie możesz mi nic powiedzieć? – Złapał się za głowę i nerwowo przeczesał włosy palcami. – Co ja mam z tobą zrobić?
Podeszła do niego i złapała go za ręce.
– Przysięgam, że ostatnie wydarzenie to nie moja sprawka. Mogłam przyczynić się do nocnych dźwięków i dziwnej atmosfery, mogłam nadużywać mocy uczniów, ale wszystko co robiłam miało swoje granice i nigdy nie pozwoliłabym…
– Nie pozwoliłabyś?! Czy ty siebie słyszysz? – Wybuchnął gorzkim śmiechem. – Używałaś energii dzieci, wpuściłaś tu duchy i wciąż jeszcze uważasz, że masz nad tym kontrolę? Mam pod ręką sześć dowodów, że tak nie jest.
Odsunęła się i patrzyła na niego smutno swoimi brązowymi oczami.
– Dobrze – rzuciła w końcu, bardziej do siebie, niż do niego. – Przysięgłam nie mówić, ale nie było mowy o odczytywaniu moich myśli. Zajrzyj w nie, a może uda nam się to rozwiązać.
Wybałuszył oczy i wyglądałby naprawdę śmiesznie, poważny i dostojny w mroku gabinetu, z osłupiałą twarzą, gdyby był tu obecny ktoś zdolny docenić ten kontrast. Jednak sytuacja była poważna, a Nefris nie chciało się śmiać. W ich świecie myśli były najintymniejszym aspektem energii, czymś, czego prawie nigdy nie udostępniano drugiej osobie. Nawet przed wojną była to jedna z praktyk zakazanych, nie mówiąc o tym, że większość nie wierzyła, żeby w ogóle była możliwa.
– Niech tak będzie – stwierdził, odpychając na dalszy plan wszelkie wątpliwości.
Siedli na podłodze naprzeciw siebie i nawiązali kontakt wzrokowy. Wnikliwy obserwator, gdyby miał okazję oglądać tę sytuację, dostrzegłby, że powietrze między nimi jakby zgęstniało i zaczęło się iskrzyć. W końcu zaiskrzyły też oczy mężczyzny, a po chwili odmalował się w nich szok.
– Niemożliwe – wyszeptał mimowolnie i połączenie zostało zerwane. 

wtorek, 30 lipca 2019

Wędrówki nocą


Tego wieczoru Lola miała wymknąć się ze swojego pokoju i pod osłoną ciemności zakraść się do Lizzy. Przyjaciółka obiecała jej, że podzieli się z nią opowieścią tak straszną, że zmrozi jej krew w żyłach. W zasadzie Lola nie lubiła strasznych historii, ale zakradanie się w nocy brzmiało brawurowo. Gdyby odmówiła, wyszłaby na tchórza, szczególnie, że już na tym etapie nikt nie traktował jej poważnie jako najmłodszej członkini Akademii Cieni. Dlatego zamiast położyć się spać, Lola założyła na siebie swój jedwabny, kwiecisty szlafrok (udało się jej namówić rodziców, żeby podarowali jej go na urodziny), który, jak miała nadzieję, zaimponuje Lizzy, zebrała w sobie całą swoją odwagę i wyszła z pokoju. Źródłem jej niepokoju nie byli nawet nauczyciele surowo pilnujących porządku; tak naprawdę mistrz w ogóle ich nie pilnował, a Nefris jedynie czasem pojawiała się na korytarzu z ostrzegawczą miną, ale jeszcze nigdy nie ukarała kogoś, kto akurat znalazł się poza łóżkiem. Lola zastanawiała się czasem, kto i na jakiej podstawie powierzył akurat tej dwójce pieczę nad grupą młodzieży.
Nastolatka przeszła kilka kroków na palcach, rozglądając się nerwowo wokół siebie. Lizzy śmiałaby się, gdyby zobaczyła ją w tej chwili, ale Lola nie potrafiła kompletnie odrzucić krążących ostatnio plotek. Rudowłosa zawsze była sceptyczna wobec wszystkiego, ale to nie czyniło jej nieomylną. Lola na własne uszy słyszała, jak pewnego dnia Herb i Joanne rozmawiali przy śniadaniu o dziwnych dźwiękach rozlegających się w nocy na korytarzu, których źródła nie da się wykryć. Klaudius twierdził, że zmyślają, ale po co? Żeby być fajnymi – odpowiedziała sobie sama w myślach, imitując pogardliwy ton Klaudiusa. Problem w tym, że Joanne i Herb nie chcieli być fajni. Bycie pupilkami mistrza im nie przeszkadzało.
Już tylko kilka kroków dzieliło ją od drzwi do pokoju przyjaciółki, kiedy za jej plecami ktoś coś szepnął. Tak jej się wydawało. Na dobrą sprawę mógł to być szum wiatru przeciskającego się przez szczeliny w okiennicach, ale nie zamierzała tego sprawdzać. Dobiegła do drzwi, popchnęła je i wpadła do środka.
 – Co do… – Lizzy aż podskoczyła na łóżku, ale zobaczywszy, kto przed nią stoi, nie dokończyła. – Co się dzieje? – zapytała w zamian. W jej brązowych oczach zabłysło nawet coś na kształt niepokoju.
– Wydawało mi się, że… – Lola szybko zastanowiła się, jak zgrabnie wybrnąć z sytuacji. Nie może się przyznać do strachu przed nieznanym duchem korytarzowym, bo wyszłaby na mięczaka.
Lizzy patrzyła już na nią na wpół z pogardą, kiedy przerwał im stukot. Lola zadrżała na całym ciele i rzuciła się do drzwi, żeby sprawdzić, czy dobrze je zamknęła.
– To od strony okna – zauważyła z niesmakiem rudowłosa i podeszła w tamtą stronę, żeby je otworzyć.
Po chwili przez okno do pokoju wgramolił się Klaudius.
– Co jest? – zapytał, lekko dysząc. Nie dało się nie zauważyć dziwnego napięcia między dziewczynami, a Lola wciąż stała przed drzwiami, trzymając jedną rękę na klamce.
– Już wychodzisz? Cóż, będzie więcej dla nas.
Chłopak podszedł do stolika stojącego obok łóżka i postawił na nim butelkę wypełnioną dziwnym płynem i trzy jednorazowe kubki.
Lola otrząsnęła się z amoku.
– Nie, ja tylko… Wydawało mi się, że Nefris za mną idzie – wydukała, udając, że nie zauważa wymiany spojrzeń między jej towarzyszami. Ależ ona tego nie znosiła! W tych spojrzeniach krył się jakiś komunikat w stylu: „Teraz pozwalamy ci z nami przebywać, ale nigdy nie będziesz częścią nas.”.
Koniec końców Lizzy odpuściła, a Klaudius wzruszył ramionami. Nalał dziwnej substancji do kubków i podał je dziewczynom. Lola niepewnie powąchała zawartość.
– Nie ma w tym alkoholu? – zapytała niepewnie, zyskując w ten sposób kolejną, jakże irytującą wymianę spojrzeń między swoimi towarzyszami.
– Oczywiście, że nie – odpowiedział Klaudius, a w jego topazowych oczach zaiskrzyły niebezpieczne ogniki. – To tylko herbata ziołowa według przepisu mojej babci.
Lizzy uśmiechnęła się dziwnie i unieśli kubki do ust. Lola musiała przyznać, że herbata, choć dziwna, była całkiem smaczna. Jakby słono-gorzka, ogrzała ją momentalnie od środka i sprawiła, że wcześniejszy lęk wydał się jej absurdem.
– To co ze straszną historią?
– Zapomnijcie o tym – rzucił szybko chłopak, dopijając resztkę płynu. – Mamy coś lepszego do roboty.
Dziewczyny podniosły na niego wzrok z zaskoczeniem. Chociaż po Akademii krążyły plotki o duchach, ostatnio od dłuższego czasu nie wydarzyło się nic ciekawego. Chodzili codziennie na lekcje, czasem oglądali razem filmy, nawet Nefris już się zaaklimatyzowała. Największym wydarzeniem była ostatnio zmiana pory roku.
– Co masz na myśli? – zapytała w końcu Lizzy, odrzucając do tyłu rude loki.
Chłopak uśmiechnął się z wyższością, delektując się swoją przewagą nad niedomyślającymi się niczego dziewczynami. W końcu Lola, której zaczęło jakoś dziwnie kręcić się w głowie, szturchnęła go w bok.
– Mów o co ci chodzi.
Klaudius spojrzał na nią groźnie, ale zaczął mówić.
– Żeby tu przyjść musiałem minąć kilka okien. Widziałem Marie…
W tym momencie Lizzy przerwała mu, prychając z niedowierzaniem.
– Oczywiście! Spodziewamy się niesamowitych atrakcji, a ty mówisz nam, że podglądałeś Marie. Myślałam, że stać cię na więcej niż zaglądanie dziewczynom w okna.
– Nie o to chodzi. Kiedy mijałem jej pokój, wymykała się na korytarz. Spojrzałem w jej okno tylko dlatego, że coś się tam poruszyło.
– Jasne jasne. Ale wciąż nie rozumiem, co miałoby w tym być ciekawego?
Chłopak spojrzał na nie z triumfem w oczach.
– W jednym oknie paliło się światło.
– Brawo, Sherlocku. A teraz powiedz nam z łaski swojej w czyim.
Lola spoglądała z niepokojem to na jedno, to na drugie. Do czegokolwiek zmierzali, nie podobało się jej to. Tymczasem Klaudius uśmiechał się coraz szerzej, nie chcąc szybko stracić zyskanego zainteresowania.
– W oknie Quinna – wydusił z siebie wreszcie, nie mogąc dłużej wytrzymać palącego spojrzenia Lizzy.
Lola odetchnęła z ulgą. Niestety nikt nie zwrócił na nią uwagi.
– Widziałeś co on robi? – zapytała natychmiast rudowłosa, a chłopak pokręcił w odpowiedzi głową.
– To nie po drodze. Widziałem tylko światło.
– Musimy to sprawdzić!
Lola próbowała ostudzić ich entuzjazm, ale jakiekolwiek próby były daremne. Po chwili wszyscy wspinali się na parapet.
– Nie bójcie się, jest tu dość szeroki gzyms. Jak coś nie jesteśmy aż tak wysoko.
W ten sposób najmłodsza uczennica akademii wylądowała na zewnątrz, wspinając się w ciemności tuż za swoimi towarzyszami i starając się nie przytulać zbytnio do ściany, żeby nie zniszczyć cennego szlafroka. Idący przodem Klaudius postanowił zabrać ze sobą swoją butelkę, co znacznie utrudniało mu zachowanie równowagi. Musieli co chwila się zatrzymywać, ale w końcu dotarli pod okno Quinna.
– Jesteście pewni, że to dobry pomysł? – zawołała przed siebie Lola, ale przyjaciele tylko ją uciszyli.
– Zwariowałaś? – wyszeptała Lizzy. – Jesteśmy tak blisko, że mogą nas usłyszeć.
– Nie ma żadnego „mogą”… – próbowała jej wyjaśnić Lola, ale przerwał jej niespodziewany wypadek.
W trakcie kiedy dziewczyny się spierały, Klaudius próbował zajrzeć przez okno. Był wciąż za daleko, dlatego wyciągnął rękę, żeby oprzeć się o szybę, ciągnąc za sobą przy okazji Lizzy, która wsparła się na nim całym swoim ciężarem, starając się zajrzeć mu przez ramię. Problem w tym, że szyby nie było tam, gdzie być powinna. Chłopak stracił równowagę i oboje wpadli z łoskotem do pokoju. Przerażona Lola wskoczyła za nimi, zapominając, że jest tam ktoś jeszcze.
Quinn siedział na podłodze, otoczony zapalonymi świeczkami i medytował, kiedy nagle w jego pokoju wylądowały z wielkim hukiem dwie osoby, a trzecia wskoczyła tuż za nimi. Zszokowany poderwał się na równe nogi, gotów do obrony. Dopiero po chwili zorientował się, kim są niespodziewani goście.
– Odbiło wam? – zawołał, wciąż nie rozumiejąc, co tu się stało.
– Gdzie jest Marie? – zapytała równie zdziwiona Lizzy, rozmasowując obolałe ciało.
– Mówiłam ci, że jej tu nie będzie! – krzyknęła zdenerwowana Lola.
– Patrzcie! Moja butelka się nie zbiła – ucieszył się tymczasem Klaudius i nagle wybuchnął śmiechem. Dziewczyny spojrzały po sobie i też zaczęły się śmiać. Quinn poczuł się jak w domu wariatów.
– Jaka Marie? Co tu się w ogóle dzieje?
– Czemu nie mogę się przestać śmiać? – zapytała w tym samym momencie Lola, łapiąc się za bolący od ruchu mięśni brzuch.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Quinn momentalnie pstryknął palcami, na co wszystkie świeczki zgasły i podskoczył do grupki, żeby zatkać dziewczynom usta. Klaudius uprzejmie sam zakrył swoje, ale nic nie było w stanie stłumić wydawanych przez nich dźwięków.
– Jeśli będę miał przez to jakieś kłopoty… – zaczął im szeptem grozić Quinn, ale wtedy zza drzwi dobiegł damski głos.
– Quinn, wszystko w porządku? To tylko ja i Herb. Usłyszeliśmy hałas…
Chłopak puścił dziewczyny i podszedł do drzwi, żeby zaprosić Joanne i Herba do środka, zanim wzbudzą jeszcze większe zainteresowanie.
– Zebrało się tu niezłe towarzystwo – stwierdzili nowoprzybyli, z zaskoczeniem obserwując śmiejących się.
– Czy ktoś jest w stanie mi wyjaśnić, co tu się dzieje? – zapytał Quinn.
– Myśleliśmy, że ty… – stwierdził zdziwiony Herb, ale Joanne dała mu kuksańca i zamilkł.
Klaudius pierwszy się uspokoił i z powątpiewaniem spojrzał na trzymaną butelkę.
– Możliwe, że przesadziłem z niektórymi składnikami. To miało nas tylko lekko rozbawić.
– I gdzie jest Marie? – zapytała Lizzy.
– Marie? – zdziwili się Herb i Joanne.
– Mogę coś powiedzieć? – odezwała się nagle Lola, która zbierała się do tego już od dłuższego czasu.
Wszyscy zamilkli i spojrzeli na nią z ciekawością.
– Od początku wiedziałam, że Marie tu nie będzie – stwierdziła, zwracając się głównie do swoich przyjaciół, którzy spojrzeli na nią ze zdziwieniem. – Nie ma żadnego powodu, dla którego miałaby tu być.
– Co masz na myśli? – zapytała skołowana Lizzy.
Poirytowana nastolatka przewróciła oczami.
– Oni nigdy ze sobą nawet nie rozmawiali. A poza tym, Marie woli dziewczyny.
W pokoju zaległa na chwilę cisza.
– Co? Skąd o tym wiesz?
– Powiedziała mi. – Dziewczyna wzruszyła bezwiednie ramionami. Przecież to całkiem normalne, prawda?
Lizzy patrzyła na nią uważnie.
– Rozmawiałyśmy z nią tyle samo razy, a mi nigdy tego nie powiedziała.
Klaudius spojrzał ze zrozumieniem na rudowłosą.
– Ona musi się jej podobać!
Na chwilę zupełnie zapomnieli o pozostałej trójce osób przebywających w pokoju. Quinn nie wytrzymał i postanowił się wtrącić.
– Niezależenie od tego, jak bardzo stereotypowe i niewłaściwie jest zakładanie, że Marie powiedziała o tym Loli, bo jej się podoba, czy dobrze rozumiem, że przyszliście tu, bo myśleliście, że przyłapiecie nas razem?
Klaudius i Lizzy już go nie słuchali. W ich głowie powstawał nowy, szatański plan. Lola przyglądała im się z rosnącym przerażeniem.
– Musimy je skonfrontować…
– Ale gdzie ona może być?
– Przejdziemy się korytarzem i będziemy podsłuchiwać pod drzwiami…
– A jeśli ktoś nas złapie?
– Oni ledwo nas pilnują.
Wybiegli za drzwi, wołając Lolę. Nastolatka niezręcznie przestąpiła z nogi na nogę, poprawiła szlafrok i poleciała za nimi. Quinn, Joanne i Herb zmierzyli się wzrokiem i też pobiegli za nimi.
– Zaczekajcie! O co…
Niedane było im dokończyć. Całą szóstkę sparaliżował chłodny powiew i dziwaczny szelest, który rozległ się w przestrzeni, w której nie było żadnego źródła tego rodzaju efektów. Wszystkie okna były zamknięte, przestrzeń wokół nich pusta…
To z czyjegoś pokoju – próbowała uspokoić się w myślach Lola, ale nagle usłyszała w głowie jakieś inne głosy, które mruczały coś niewyraźnie… Nie mogę się ruszyć – było jej ostatnią myślą.
Dwoje dorosłych stało w korytarzu, przyglądając się z troską leżącej na podłodze szóstce. Uczniowie byli nieprzytomni, choć raz na jakiś czas zdarzało im się jęknąć. Ombar podniósł wzrok i spojrzał na Nefris. Jego oczy zdawały się przeszywać ją na wylot.
– Czas, żebyśmy poważnie porozmawiali.

piątek, 11 stycznia 2019

Na krawędzi


Nowa mieszkanka Akademii Cieni przyjęła się zaskakująco dobrze. W bardzo krótkim czasie nikt nie potrafił wyobrazić sobie, że jeszcze do nie dawna nie było jej z nimi. Nefris,  pomimo swojej egocentryczności, okazała się o wiele bieglejsza w nawiązywaniu kontaktu z młodzieżą. Potrafiła wprowadzić dyscyplinę nie umniejszając uczniowskiej sympatii, rozmawiać swobodnie z zachowaniem odpowiedniego dystansu i przede wszystkim o wiele lepiej rozumiała potrzeby młodych. Zdziwiło ją jak lekceważąco Ombar potraktował kwestię zajęć pozalekcyjnych. Mówiąc krótko, nie obchodziło go, czym wychowankowie zajmują się w czasie wolnym tak długo, jak nie przekraczali niewidzialnych granic. Nie zastanawiał się nawet nad tym, czy nie warto byłoby podsunąć im jakiś pomysłów. Akademia znajdowała się bądź co bądź w miejscu dość odległym od miasta, co ograniczało możliwości.
Nefris udało się zdobyć gdzieś rzutnik i ekran. Zaczęła organizować wieczory filmowe, które cieszyły się dużą popularnością. Postanowiła też wynająć kogoś, kto zajmie się kuchnią i raz na miesiąc urządzać przyjęcia. Początkowo Ombar patrzył na jej wysiłki z niechęcią. Nie chciał dopuszczać do Akademii Cieni więcej osób niż trzeba, choć musiał przyznać, że uczniowie byli trochę za młodzi, żeby zrzucać na ich barki dbanie o zrównoważoną dietę. Ponadto jego towarzyszka znała ponoć kogoś, kto potrafił niczemu się nie dziwić i trzymać język za zębami. Zapewne chodziło o jeszcze jedną osobę, która przetrwała wojnę wbrew powszechnemu przekonaniu. A jeśli chodzi o przyjęcia, mistrz w końcu odpuścił, widząc, że mimo wszystko sprawiają one przyjemność zainteresowanym.
Jednak problem zdawał się sięgać głębiej niż z pozoru mogło się wydawać. Jeśli chodziłoby tylko o nagłe zainteresowanie młodzieżą, Ombar mógłby machnąć na to ręką. Nefris zawsze była dziwna. Trzeba było mieć jednak na uwadze, że ich działalność była pilnie obserwowana przez Trybun. Mistrz codziennie budził się z lękiem, że Stefan złoży im kolejną, niespodziewaną wizytę. Tym razem miałby co odkrywać. Starsi członkowie Trybunu mogliby się nabrać, ale on… Dorastali wszyscy razem; zbłąkane dzieci świata cieni, zastanawiające się, czy ich świat da się zmienić na lepsze. Iris mogła zniknąć z horyzontu w kluczowym momencie, ale przeczucie mówiło Ombarowi, że ich brązowowłosy rówieśnik cieszył się wyjątkową pamięcią do twarzy.
Być może więc same próby dogodzenia dzieciom i zajęcia czymś ich myśli nie przyciągnęłyby uwagi; zdążył zorientować się, że akademie w Stanach i Japonii także zaczęły się rozwijać w tym kierunku. Źródło niepokoju mistrza tkwiło w czymś zupełnie innym; od czasu pojawienia się amatorki starożytności atmosfera w obu budynkach jakby zgęstniała. Uczniowie wydawali się rozkojarzeni. Nocami na korytarzach rozlegały się na pozór zwyczajne dźwięki, których źródła nie był jednak w stanie namierzyć. Niedawno zaczaił się na korytarzu, chcąc przyłapać na gorącym uczynku osobę naruszającą ciszę nocną, ale nie udało mu się, choć jeśli nie myliły go uszy, stał tuż obok miejsca, które minęła przechodząca osoba. Próbował na wszelkie znane mu sposoby odkryć, kto to był. Uczniowie nie byli w stanie ukryć się za zasłoną energii. Szczerze powiedziawszy, od czasów utraty połączenia z energią przepływającą przez świat, nikt nie był w stanie tego zrobić. A nawet jeśli, zostawiłby jakiś ślad, cokolwiek.
Spędził potem długą, bezsenną noc w swoim pokoju. Najpierw przerzucał stronice kilku starych ksiąg, które udało mu się tu przemycić. Później po prostu leżał i wpatrywał się w sufit. Nie potrzebował tych ksiąg. Jego rodzice byli jednymi z najzdolniejszych i najmądrzejszych ludzi w ich społeczeństwie. Nauczyli go wielu rzeczy, o których reszta nie miała nawet pojęcia. Dobrze wiedział, że istnieją tylko dwa wyjaśnienia tej sytuacji… Mimo to, trudno było się z tym pogodzić. To oznaczałoby, że musi pozbyć się Nefris i to szybko. Tymczasem zdążył już polubić jej towarzystwo. Ponadto odciążyła go, przejmując część obowiązków. I, nawet jeśli trudno było to przyznać choćby w głębi ducha, w wielu dziedzinach okazała się dużo lepszą nauczycielką. Nareszcie zrobili prawdziwe postępy w manipulowaniu energią. Ale jeśli Nefris przy okazji wykorzystywała ich energię w taki sposób, jakiego się spodziewał, nie mógł tego zlekceważyć. Paranie się starożytną magią, tak, magią, bo inaczej nie dało się tego określić, mogło nie tylko ściągnąć na nich Trybun, ale też zaważyć na równowadze całego świata. Akurat tak się składało, że matka Iris zajmowała się także badaniem starożytnych zapisków dotyczących energii. Pośród niewinnych informacji, które zaadoptowali na swoje potrzeby, dało się znaleźć opisy praktyk, które ze względu na swój charakter nigdy nie zostały przetłumaczone. Poza badaczką, wiedzieli o tym tylko jego rodzice, którzy zatwierdzali tę decyzję. Najwyraźniej dowiedziała się o tym również Nefris. A jej pojawienie się tutaj nie było przypadkowe.
O ile nie dało się połączyć z energią krążącą w świecie, istniały sposoby na wykorzystanie cudzej energii. Trybun łączył się w ten sposób raz na jakiś czas, choć wymagało to wielkiego skupienia, a wszyscy uczestnicy takiej „sesji” przez kilka kolejnych dni byli tak zmęczeni, że ich możliwości ograniczały się do minimum.
Istniały więc dwie opcje. Albo Nefris praktykowała starożytną magię, z nieznanych przyczyn balansując na krawędzi świata żywych i zmarłych przy pomocy energii uczniów, albo, co jeszcze bardziej ryzykowne, używała jej do wpuszczania duchów do świata żywych. Duchów, cieni, odbić dawnych istnień… Można było to określić na różne sposoby. Po śmierci energia nie znikała, tylko rozpraszała się po świecie, żeby stworzyć nowe istnienia, ale jej niewielka część pozostawała nietknięta, zmieniając jedynie swoją strukturę, co sprawiało, że żyjący nie byli w stanie jej dostrzec. Mogli jedynie ją odczuć. Chyba, że dysponowaliby dużo większą mocą…
Ombar wiedział jednak, że to wszystko nie ma większego znaczenia. Cokolwiek Nefris robiła, było to niebezpieczne. Musiał się z nią skonfrontować.
Z drugiej strony, czy na pewno to była jej wina? Aż zbyt łatwo było ją powiązać z tą sytuacją. Ale jeśli nie ona to kto? Nowe postaci, które włączyła do ich osamotnionego życia, były wyjątkowo niewinne; przez kilka pierwszych dni śledził je i analizował ich moc, żeby upewnić się, kogo wpuszcza za mury swojej szkoły.
Ale uczniowie… Nie. Żadne z nich nie wydawało mu się podejrzane. Joanne, nawet abstrahując od braku potrzebnego wykształcenia, była na to zbyt rozsądna. Herb za bardzo trzymał się spraw przyziemnych i swoich ziół. Quinn… Nie, to niesprawiedliwe, że Quinn wydał mu się przez chwilę podejrzany. To prawda, był ostatnio rozkojarzony, ale nie bardziej niż wszyscy. Poza tym, nie dorównywał Joanne i Herbowi, nie wspominając już o całej reszcie.
Nie, z tą sprawą ewidentnie związana była Nefris. Choć bardzo nie chciał, musiał z nią porozmawiać.
Odsunął krzesło o biurka i położył na nim nogi, wbijając wzrok w widok rozciągający się za oknem. Ciemność otaczała obydwa budynki, poprzecinana jedynie lampami ogrodowymi, wyznaczającymi ścieżkę i kilkoma jasnymi oknami w budynku sypialnianym.
Oparł się wygodnie o oparcie i wplótł palce we włosy. Dzisiaj nie chciało mu się już tym zajmować. W końcu co złego może stać się w ciągu jednej nocy? Sięgnął po kubek nieco ostygłej już herbaty rumiankowej i wypił łyk. Poczuł, jak opadają mu powieki, a mięśnie stają się przyjemnie ciepłe.
Zdecydowanie zajmie się tym jutro. Jakie tak naprawdę ma znaczenie równowaga świata? Gdyby choć raz ktoś ją w końcu zburzył, zamiast zawsze tylko próbować, może nareszcie byłoby co ratować. Może mógłby się wtedy wykazać na jakimś innym polu… Uśmiechnął się do siebie, zamykając oczy.

środa, 21 listopada 2018

Nocny niepokój


­­­Stuk. Stuk. Stuk.
Quinn przekręcił się poirytowany z boku na bok. Na pewno nie musiał jeszcze wstawać. Co w ogóle ktoś robił o takiej porze na korytarzu? Zacisnął oczy, z całej siły powstrzymując je przed otwarciem się.
Stuk. Stuk. Stuk.
Usiadł gwałtownie na łóżku, teraz już naprawdę zdenerwowany. Miał rację – za oknem było jeszcze ciemno. Z nieba sypał się śnieg, ale ponieważ nie było wystarczająco zimno, roztapiał się na ziemi, tworząc błoto. Czemu u licha ktoś miałby gdzieś wychodzić o takiej porze i w taką pogodę, w dodatku ubrany w buty na obcasach? Quinn nie wątpił bowiem, że ktoś wychodzi – kroki były zbyt energiczne na osobę wracającą, a w tym budynku nie było miejsc, do których można się wybierać w nocy. Może poza kuchnią, ale od kiedy nowa mistrzyni, Nefris, namówiła Ombara to zatrudnienia kucharki, dużo trudniej było wykradać jedzenie. Dokąd więc mogła się wybierać tajemnicza postać?
Zaintrygowany, prawie zapomniał o zdenerwowaniu. Podszedł cicho do drzwi. Podłoga wydała mu się wyjątkowo zimna, kiedy zetknęły się z nią jego bose stopy, ale ciekawość była silniejsza od dyskomfortu. Przyłożył oko do dziurki od klucza dokładnie w momencie, gdy kroki stały się najgłośniejsze, czyli osoba po drugiej stronie musiała znajdować się tuż obok. Wytężył wzrok i… Odskoczył od drzwi.
Stukot zaczął się oddalać. Quinn zebrał się jeszcze raz na odwagę i podszedł do drewnianych drzwi. Złapał za chłodną klamkę i uchylił je na tyle, żeby wystawić głowę.
Szukał wzrokiem źródła dźwięku długo po tym, jak ucichł. Stopy zmarzły mu tak bardzo, że kiedy w końcu wrócił do łóżka i przykrył się kołdrą, nie potrafił zasnąć.
Skoro słyszał dźwięk, musiało też istnieć jego źródło, prawda? Dlaczego więc nic nie zobaczył?
Dawno temu jego rodzice opowiadali mu o duchach. Niektóre z opowieści były piękne, ale mimo wszystko, wolałby mieszkać w nienawiedzonej akademii. Czy oczekiwał zbyt wiele, zakładając, że to tutaj odnajdzie na jakiś czas spokój?
Rano podszedł w jadalni do Herba i Joanne, siedzących jak zwykle przy najlepszym stole obok okna. Chłopak mówił coś właśnie do dziewczyny, ale ona wpatrywała się w widok za szybą, gładząc dłonią mahoniowy blat.
– Hej – odezwał się do nich, siadając obok.
Herb spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale Joanne zdawała się wciąż nie zwracać uwagi. Jej jasnoniebieskie oczy zwróciły się w stronę Quinna dopiero, gdy bez owijania w bawełnę zadał im dręczące go pytanie.
– Słyszeliście w nocy kroki na korytarzu?
­– Kroki? – Herb zaczął się śmiać. – Stary, gdyby miał mnie budzić każdy dźwięk…
– Nie każdy dźwięk – przerwał mu szybko Quinn. Nachylił się bliżej i ściszył odrobinę głos. – To był stuk obcasów.
Herb pokręcił głową.
– Sypiam jak zabity – wyjaśnił z rozbawieniem. – Ale to żadna wielka rzecz, pewnie ktoś wymykał się na imprezę – dodał, spoglądając wymownie w kierunku Lizzy, siedzącej przy stole obok, która obrzucała właśnie Klaudiusa rozgniecionymi borówkami.
Joanne wpatrywała się uważnie w Quinna, ale nie odezwała się ani słowem. Chłopak wzruszył niemrawo ramionami i zaczął zjadać płatki z mlekiem.
– Wiecie co? – rzucił w pewnym momencie Herb. – Kiedy Ombar opowiedział nam o tym Tunelu, który ma się otworzyć za dwa lata, zacząłem się nad czymś zastanawiać. Mistrz powiedział, że jesteśmy drugim pokoleniem, które podejmie próbę, a on sam był pierwszym, razem z mistrzami innych Akademii Cieni. Ale kto go do tego przygotował?
Quinn wbił wzrok w talerz. Aż za dobrze znał odpowiedź na to pytanie. Kiedy podniósł oczy, zobaczył, że Nefris wpatruje się w niego uważnie z drugiego końca jadalni. W jej oczach lśniło coś na kształt ostrzeżenia.
– Muszę lecieć – powiedział do swoich towarzyszy i wstał pośpiesznie.
– Czekaj!
Joanne złapała go lodowatą dłonią.
– Tak? – Odwrócił się z zaskoczeniem.
Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa, jakby usiłowała przekazać mu coś telepatycznie. Nie udało się jej.
– Może wieczorem też z nami usiądziesz? – zapytała w końcu.
Zszokowany spojrzał na Herba, który wzruszył ramionami.
– Jasne. Do zobaczenia na zajęciach – odpowiedział i oddalił się w stronę drzwi.
Jak tylko zniknął Herb nachylił się do Joanne.
– Lubię Quinna, ale czasem dziwnie się zachowuje. Swoją drogą, „z nami”? Miło wiedzieć, że jednak zauważyłaś, że się do ciebie dosiadam. Już myślałem, że jestem niewidzialny.
Joanne spojrzała na niego z zakłopotaniem, ale po jego minie zauważyła, że nie robi jej wyrzutów, tylko się z niej śmieje. Mogła albo się na niego zdenerwować, albo śmiać się razem z nim. Tym razem wybrała to drugie.
***

wtorek, 16 października 2018

Nefris


W niewielkim miasteczku, w którym zazwyczaj nic nie działo się po godzinie szóstej wieczorem, dwoje ludzi siedziało w kącie zaniedbanego baru, rozmawiając przyciszonymi głosami. Pozostali goście byli stałymi bywalcami, a ponadto wieloletnimi mieszkańcami, zrośniętymi z miejscowością niczym huba z drzewem, na którym pasożytuje. Dwójka obcych, w dodatku gawędzących w nieznanym języku, wyraźnie nie przypadła im do gustu. Co prawda mężczyzna pojawił się tu już kilka razy, ale nie dość, że było w nim coś niepokojącego, specjalnie drażnił innych i zyskał sobie reputację mąciwody. A towarzysząca mu dzisiaj kobieta była co najmniej dziwna. Okryła się długim, beżowym płaszczem z puchowym kapturem, który przywodził na myśl Eskimosów, podobnie jak długie, wciągane buty z ociepleniem. Rzeczywiście ostatnio zrobiło się chłodniej, ale bez przesady, w końcu nie znajdowali się na żadnym z owianych mrozem biegunów. Jakby tego było jeszcze mało, kobieta podkreśliła oczy grubymi, czarnymi kreskami z zawijasami, co w połączeniu z kruczoczarnymi włosami nadawało jej wygląd Egipcjanki.
- Myślałem, że nie żyjesz – stwierdził Ombar, ignorując rzucane im coraz częściej wrogie spojrzenia.
- Przez chwilę też tak myślałam – odpowiedziała nonszalancko, nachylając się trochę w jego stronę. – Will… Potrzebuję pomocy. Emilia powiedziała, że mam się zwrócić do ciebie.
- Mogłem się tego domyślić.
Odchylił się do tyłu, wbijając wzrok w sufit. To nie był dobry moment na podejmowanie ryzyka. Teoretycznie wkupił się w łaski Trybunu i zajął jedną z najwyższych pozycji, ale z drugiej strony wciąż pozostawał pod obserwacją, o czym świadczyła choćby wizyta Stefana. Pozostawała też jednak inna kwestia. Emilia nie bez powodu przysłała ją akurat tutaj. Wiedziała, że Ombar nie zignoruje jej prośby… Czy może polecenia.
- Iris, wiesz, że wszystko się zmieniło…
- Cicho! Oni mają szpiegów wszędzie. Poszłam za twoim przykładem i zmieniłam imię, chociaż nie rozumiem, czemu ty tak naprawdę to zrobiłeś.
- Dlatego używasz starego?
Nigdy nie przepadał za Iris. Emilia się z nią przyjaźniła, ale on unikał jej towarzystwa. Jej matka była archeolożką i często wyjeżdżała, zostawiając ją pod opieką jego rodziców. Dziewczyna była z jednej strony surowa i wymagająca zarówno wobec siebie jak i innych, ale też szalona; ubierała się na wzór dokumentacji zbieranych przez matkę, czerpiąc z nich także inne życiowe inspiracje. Cały swój pokój urządziła na modłę zwyczajów starożytnego Egiptu, łącznie z zastąpieniem łóżka plecioną matą. Twierdziła też, że nie warto studiować współczesnych osiągnięć nauki i ograniczała się do wiedzy starożytnych kultur.
Kiedy w ich społeczeństwie wybuchły zamieszki, Iris zniknęła na samym początku i Ombar był przekonany, że stała się jedną pierwszych ofiar wojny. Najwyraźniej jej matce udało się jakoś wydostać i ukryć córkę.
- Słuchaj, musimy podejść do tego poważnie. Żadnych plecionych mat i waz. Żadnych udziwnień. Będziesz twierdziła, że nie miałaś pojęcia o naszym świecie, o przekształcaniu energii i walce z jej wytworami, dopóki cię nie znalazłem i nie wyszkoliłem. Nauczysz się tego, co przekazujemy w akademiach i zapomnisz, że kiedykolwiek wiedziałaś coś więcej.
Iris wpatrywała się w niego spokojnie, kiwając głową.
- Czy nie jestem za stara na uczennicę?
- Jesteś.
Westchnął głęboko. To będzie najtrudniejsza część.
- Trzeba będzie im wmówić, że urodziłaś się w zwykłej rodzinie i całe życie nie odkryłaś swoich zdolności. A teraz odbyłaś osobne treningi i zostaniesz drugim nauczycielem w mojej Akademii Cieni.
Kobieta wciąż wpatrywała się w niego, nie okazując żadnych emocji.
- Myślisz, że to się uda?
- Nie wiem – stwierdził bez przekonania. – Zobaczymy. To jak ma ciebie teraz nazywać?
- Wybrałam świetne imię! Na pewno ci się spodoba. Nefretete.
Ombar wybałuszył oczy.
- Rzeczywiście, bardzo nie rzucające się w oczy. Miało być normalnie!
Iris uniosła ręce w geście kapitulacji.
- Mogę to zdrobnić do Nefris, ale pozwól mi zostać przy nim. Straciłam wszystko…
- Dobrze, już dobrze. – Ombar nie lubił jęczenia, więc wolał to przerwać w tym miejscu.
Barman rzucił im kolejne, niechętne spojrzenie zza stojącego naprzeciwko baru.
- Chodźmy stąd.
Młody mężczyzna złapał swoją towarzyszkę za łokieć i pociągnął za sobą do wyjścia. Kilka głów obróciło się za nimi, prychając. Oboje wiedzieli, że lepiej nie wracać już w to miejsce.
Kiedy dojechali pod drzwi Akademii Cieni, kobieta zatrzymała na chwilę Ombara.
- Dziękuję – powiedziała cicho, uśmiechając się, a w jej oczach naprawdę widniała wdzięczność.
Skinął tylko niemrawo głową, chcąc jak najszybciej zaprowadzić ją do środka.
- Czekaj! – zawołała nagle Nefris, zatrzymując go wpół kroku. Odwrócił się do niej niechętnie.
- Coś się stało?
- Ten chłopak… - Pokazywała palcem na szklarnię, w której Quinn właśnie podlewał rośliny. – On…
Nagle odwróciła się gwałtownie i weszła do środka.
- Tylko coś mi się wydawało – rzuciła przez ramię, znikając w pomieszczeniu.
Ombar wzruszył ramionami. Ona zawsze była dziwna. Spojrzał jeszcze raz na szklarnię. Chłopak na szczęście nie zdążył ich dostrzec. Mistrz nie wiedział, że kiedy tylko zamknął za sobą drzwi, chłopak stanął wyprostowany nad roślinką, którą jeszcze przed chwilą dokładnie oglądał, wbijając zagadkowe spojrzenie w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą mignęła mu Nefris.
***CDN***

niedziela, 14 października 2018

Melancholia


Ombar był zmęczony. Nie potrafił wyznaczać granic, więc młodzież robiła pod jego nosem co chciała. Dotychczas nie miał zbyt wiele do czynienia z nastolatkami, więc trudno było się dziwić, że sytuacja rozwinęła się tak, a nie inaczej. W zasadzie nie było nawet tak źle, ich wybryki nie przekroczyły jeszcze niewidzialnej granicy tego co dopuszczalne. Oczywiście organizowali imprezy, na które przemycali alkohol i nie pracowali tak ciężko, jakby tego od nich wymagać. Kiedy spadł pierwszy śnieg, ktoś ulepił tuż za oknem bałwana pokazującego obsceniczny gest. Mistrz nie zauważył go wchodząc do sali i dopiero w połowie zajęć zorientował się co jest źródłem niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Bałwan był zresztą na tyle pomysłowy i dobrze wykonany, że chętnie utrwaliłby go magicznie i przeniósł do budynku jako rzeźbę, gdyby nie to, jak fatalne skutki wychowawcze mogłoby to za sobą nieść.
Tym, co najbardziej przeszkadzało mu w młodzieńczych żartach i wyskokach, mających miejsce w akademii, było nieuchronne uświadomienie sobie, że nie jest i nigdy nie będzie ich częścią. Między nim, a jego uczniami stała niepokonana bariera, która już nigdy nie zniknie. Tak też powinno być. Ale to uświadamiało Ombarowi, jak bardzo doskwiera mu samotność i nuda.
Jego dni stały się monotonne. Budził się rano, ubierał, jadł śniadanie, prowadził zajęcia, na których cały czas musiał pilnować się, żeby nie powiedzieć za dużo, w przerwie zjadał lunch, wieczorem kolację i szedł spać. Automatycznie wykonywał też codzienne ćwiczenia fizyczne, które pozwalały mu utrzymać formę, pisał raporty na temat postępów w pracy, a wieczorami przewracał stronice książek, które dokupował w pobliskim mieście w weekendy, bo swój własny zbiór znał już na pamięć. Czasem jechał tam też wieczorem, żeby posiedzieć w jednym z zadymionych barów i podyskutować o czymś równie pasjonującym jak tegoroczne rozgrywki sportowe czy polityka. Potrafił spędzić w ten sposób godziny. Popijając raz na jakiś czas bliżej nieokreślony trunek, który podawał mu barman o podejrzanym wyglądzie, podsycał konwersacyjny zapał spotykanych towarzyszy, rzucając bezsensowne uwagi, wyważone na tyle, żeby lekko zirytować odbiorców. Potem z zafascynowaniem obserwował ich fizjonomię. Stał się wręcz kolekcjonerem zbulwersowanych twarzy o ściągniętych brwiach i zwężonych źrenicach, zaciśniętych ust, z dobiegającymi zza nich zagadkowymi pomrukami, rozdętych nozdrzy i pofukiwań. Cała reszta też była ciekawa: drgające pięty i kolana, gwałtowne ruchy rąk czy bębnienie palcami w blat. Człowiek nawet nie spodziewa się jakie rytmy jest w stanie wystukać swoimi palcami.
Kiedy wreszcie Ombar czuł, że obserwacje tego typu go znużyły, wracał, ale w drodze powrotnej orientował się, że tak naprawdę wciąż nie jest usatysfakcjonowany, bo tym, czego tak naprawdę szukał nie była chwilowa przyjemność z zakłócenia monotonii cudzego wieczoru. Nawet jeżeli nie całkiem świadomie, wciąż szukał towarzystwa, które pozwoli mu się wyrwać z wszechogarniającego marazmu. W końcu nie mógł z byle kim rozmawiać o energii, wynaturzeniach i ponadnaturalnych mocach.  A jeśli nie mógł komuś opowiedzieć o tym, to o czym mógł? O sprawach takich jak sport i polityka… I tak powstawało błędne koło. A kiedy natykał się na Marie, Michela i Nicolasa obrzucających się śnieżkami, albo słyszał głośną muzykę, dobiegającą z pokoju Lizzy, odczuwał głęboki smutek, dochodząc do wniosku, że dla niego czasy dobrej zabawy minęły, pozostawiając za sobą jedynie niewyraźną nić wspomnień.
Pewnego wieczoru nie wiedział już sam, czy walczy z nudą, czy z przygnębieniem. Pojechał do miasta, ale nie wstąpił nawet do księgarni, jak to miał w zwyczaju. Poszedł od razu do jednego z mniej przyjaznych barów i zaszył się w kącie, tym razem nie nawiązując z nikim kontaktu. Wbił wzrok w dno szklanki, gdzie nieliczne refleksy świetlne tańczyły na rozpływających się krawędziach kostek lodu. Muzyka szumiała mu w uszach. To nie był jego klimat; puszczano tu jakiś rodzaj niezależnego rocka, który dla niego był w ogóle niecharakterystyczny. Dopił resztę rozwodnionej cieczy, którą nazywano tu drinkiem i już miał wyjść, kiedy ni stąd ni zowąd ktoś się do niego dosiadł.
Podniósł wzrok i zmarszczył brwi. Siedziała przed nim kobieta na oko w jego wieku. Miała ostre rysy i proste, czarne włosy, sięgające podbródka. Jej brązowe oczy wpatrywały się w niego wnikliwie, tak, jakby go znała. Potwierdziły to jej słowa.
- Wyglądasz okropnie – stwierdziła suchym głosem, nieznacznie unosząc kąciki ust.
Ombar przez chwilę czuł się, jakby jego serce zwolniło. To nie mogła być prawda. Wraz z szokiem poczuł jednak ulgę. Nareszcie działo się coś ciekawego.
***CDN***