czwartek, 13 grudnia 2018

Upadłe słońca


Tym razem w kierunku fantasy. Pomysł stworzenia damskiego świata już od dawna za mną chodził, choć w maskulinistycznie skonstruowanym języku trudno go zrealizować. Być może któregoś dnia uda mi się go (samo to, że damski świat wciąż pozostaje w rodzaju męskim to paradoks) bardziej rozbudować.  Ale na razie historia samego końca.

Kiedy zostałam wybrana na stanowisko Głównej Przywódczyni, czułam się dumna jak nigdy dotąd. Moje imię przemierzało świat ze wzrastającą prędkością. Po chwili znały je wszystkie istnienia na naszej planecie, niezależnie od rasy, pochodzenia i kultury. Kiedy stawiłam się na posiedzeniu Rady Większych i Mniejszych, nawet najwyżej urodzone elfki z rodu ‘Ar skłoniły w moją stronę głowy. A przecież słynęły z arogancji i przekonania o własnej wyższości. Ale tym razem to ja osiągnęłam coś nieosiągalnego; byłam najmłodszą osobą obejmującą to stanowisko w historii. Ponadto pochodziłam z rodu jeszcze ważniejszego niż ‘Ar, który – choć szanowany – liczył sobie zaledwie kilkaset lat. To ja byłam potomkinią kobiet, które u zarania dziejów zbudowały nasz świat – Sentemporium. Moim dziedzictwem był początek całej historii, a z mojej krwi powstały wszystkie rasy.
Oczywiście nie odbiło się to na moim wyglądzie. Lubię sobie wyobrażać, że nie jestem genetycznie powiązana z przysadzistymi, włochatymi krasnoludzicami. Albo dziwacznymi trollicami o twardej skórze, mieszkającymi gdzieś w głębi jaskiń. Już nie mówiąc o rasie magur, żyjącej w bagnach, o brunatnych ciałach pokrytych cętkami i błonach między palcami. To kuzynki syren, ale wzbudzają zgoła inne uczucia niż ich krewniaczki. Według mnie samej najbardziej przypominam elfkę. Jestem równie wysoka co one, mam jasną cerę i złociste włosy, nawet moje uszy są lekko spiczaste. Moja matka oczywiście tego nie dostrzega. Uważa, że jesteśmy po prostu ludźmi. Ale przecież nie możemy być tylko tymi nędznymi istotami, skoro nasz ród zapoczątkował wszystko!
- Choć raz poczuj się człowiekiem i bądź z tego dumna, Emilan’Il. Może wtedy przestaniesz mieć problemy z akceptacją wszystkich innych ras.
Ciekawe, że właśnie od niej słyszałam takie porady. Nie dość, że to nasze babki nadały tej planecie nazwę, oznaczającą w pradawnym języku poczucie człowieczeństwa, to jeszcze własna matka kazała mi akceptować rasy, które z powodu naszej mocy skazały nas na wiele lat wygnania.
Nie żeby to miało teraz jakiekolwiek znaczenie. Dałam się zapędzić w kozi róg. Te, które wyniosły mnie ku władzy, nigdy nie chciały, żebym ją sprawowała. Zostałam zmanipulowana, żeby wprowadzić chaos zamiast porządku. Wylądowałam w brudnej celi w lochach własnej siedziby. Nie jestem w stanie się wyprostować z powodu ciasnoty. Moje włosy i skóra są tak brudne, a plecy tak zgarbione, że równie dobrze mogłabym być trollem. A zza wąziutkiego okna w murze dobiegają dźwięki wojny, którą rozpętałam. Siedzę tu, ukrywając niczym sekret smutną prawdę. W rzeczywistości to nie tajemnica, po prostu nie zdążyłam jej nikomu wyjawić, zanim bezdusznie pozbawiono mnie pozycji i zamknięto. Teraz i tak nikt by mi nie uwierzył.
Solis i Clarit. Tak nazywają się dwie gwiazdy oświetlające naszą planetę. Podobno dawno temu czuwająca nad naszym losem bogini, Equilibra, zapaliła je swoim boskim oddechem, by umożliwić nam życie. Czyniły to przez tysiące lat. A teraz nadszedł ich kres. Od początku mojego życia zastanawiałam się, kiedy to nastąpi. Podobno dawno temu Solis była biała, momentami wydawała się wręcz niebieska, a Clarit błyszczała z niesamowitą mocą. Były dalekie i piękne. A jednak od kiedy pojawiłam się na świecie, obie wyglądały na zmęczone i ociężałe; całe czerwone, wisiały nisko nad Sentemporium. Zgodnie z moją wiedzą, zostało nam zaledwie kilka dni. Tym razem Equilibra nie interweniuje. Kres Solis i Clarit to kres naszego życia.
Kiedy się tego dowiedziałam, nie byłam pewna, czy to prawda. Wtedy dopiero zaczęłam orientować się, że mimo zapewnień mojej matki, różnimy się od zwykłych ludzi czymś więcej niż krwią. I że to nie przypadek, że wszystkie rasy, które bały się kiedyś naszego rodu, teraz przyjęły nas pokornie, szukając przebaczenia. Działo się to miesiąc temu, tuż po ceremonii naznaczenia mnie na Główną Przywódczynię.
Przygotowywałam się na ten moment, od kiedy cztery lata temu wróciłyśmy z wygnania, a Rada przyjęła nas z wszelkimi honorami w stolicy. Dostałyśmy własną siedzibę i gwarancję życia w luksusie. Wyznaczono mi nawet prywatną nauczycielkę, Everahn’Ar, która stała się też moją najbliższą przyjaciółką. Myślę, że to nas zaślepiło. Po latach życia w ukryciu i niepewności jutra, moja matka potrzebowała stabilizacji. Ja też jej potrzebowałam. A kiedy powiedziano, że Rada postanowiła wybrać mnie na Przywódczynię, gdy tylko skończę szesnaście lat, po prostu uwierzyłyśmy, że mamy szczęście.
Everahn’Ar była nieco wyniosła, ale skrupulatnie wywiązała się ze swoich zadań. Nauczyła mnie wszelkich zasad funkcjonowania naszej planety. Wyjaśniła, że u zarania kobiety zostały wyniesione na władczynie i istoty dominujące ze względu na swój intelekt i umiejętności, natomiast osobnikom męskim zostały wyznaczone głównie prace fizyczne ze względu na ich przystosowanie biologiczne. Opisała mi życie na każdym z lądów – suchym z gorąca kontynencie Elargi, ciepło-wilgotnym Vera, chłodnym Tumne i zlodowaciałym Ivero. Przybliżyła tradycje i kultury wszystkich ras i nauczyła podstaw ich języków, tak żebym mogła wyrecytować w nich przysięgi, kiedy nadejdzie czas. Problem w tym, że darząc ją szacunkiem i sympatią, nigdy nie pomyślałam, że mogę być tylko narzędziem w jej rękach. Naczyniem wypełnianym stronniczymi poglądami i stereotypami. Moja matka musiała być tego w większym stopniu świadoma – skądś brały się jej rady. A jednak przez większość czasu przymykała oczy, zasłaniając wątpliwości płaszczem wygód i przepychu.
W dniu ceremonii to Everahn’Ar była przy mnie. Od samego poranka pilnowała, żebym zjadła odpowiedni posiłek, założyła odpowiedni strój, elegancko zaczesała włosy. Potem to ona, jako jedna z członkiń Rady, namaściła mnie odpowiednimi substancjami, podczas gdy ja recytowałam z pamięci powtarzane od czterech lat przysięgi, a zebrany przed balkonem lud spijał słowa z moich warg. Byli tam wszyscy: trollice, magury, krasnoludzice, elfki,  siedzące na brzegu rzeki syreny, nimfy, rusałki leśne… Przybyły nawet męskie osobniki wszystkich ras.
A potem nadszedł moment obchodów, tradycyjnego świętowania, które mógł rozpocząć jedynie członek rodu ‘Il – dlatego od setek lat nie powtarzano tego zwyczaju. Teraz zaś wszyscy czekali na niego z niecierpliwością.
– Wystarczy, że zanurzysz dłoń w Źródle – szepnęła mi Everahn’Ar, choć wcale nie musiała tego robić. Była to najważniejsza część uroczystości. Jeszcze zanim przybyłyśmy z wygnania i wysoko postawione elfki zaczęły mnie kształcić, codziennie podkreślając wagę tej chwili, matka wielokrotnie opowiadała mi o tym szczególnym momencie. Chwili, kiedy tradycja przeplata się z magią, a sny stają się rzeczywistością.
Krok po kroku podeszłam do kamiennej misy, stojącej pośrodku balkonu. Czułam się oszołomiona ilością skupionych na mnie spojrzeń, pełnych napięcia i ekscytacji. Zebrana w naczyniu woda też wydawała się ożywiona; falowała delikatnie pod wpływem wiatru, a zebrane w niej drobinki złota błyszczały w świetle zachodzących Solis i Clarit.
Woda w misie pochodziła z Argentum, Srebrnego Jeziora, na którego brzegu postawiono nasz pałac. Wąski, ledwie zauważalny kanał wyżłobiony w naczyniu prowadził przez podłogę i złotą rynnę prosto do błyszczącej tafli. W chwili zetknięcia migoczącej substancji z moją skórą zaszła przemiana. Każdy, kto od tej chwili w przeciągu tygodnia skosztował wód Argentum, miał dostąpić swego rodzaju iluminacji w postaci snów na jawie. Te marzenia mogły dotyczyć przeszłości i przyszłości naszego świata, wyjaśniać pewne zjawiska, przypominać legendy, a także ujawniać poszczególnym jednostkom ich ukryte talenty i przeznaczenie. Zwyczajowo lewą dłonią uniosłam pierwszy kielich na cześć nowej epoki i wychyliłam go, nie przyjrzawszy się nawet dokładnie otoczeniu. Dlatego też nie zauważyłam, że nie wszyscy poszli za moim przykładem.
Woda została pewnie w jakiś sposób zatruta. Kto dokładnie za to odpowiadał? Dziś nie ma to już takiego znaczenia, ale obstawiam Saverahn’Ar, młodszą siostrę mojej nauczycielki. Wszyscy wiedzieli, że straciła głowę dla swojego ludzkiego kochanka. Często śmiałyśmy się z jej słabości. Tymczasem nie była jedyna. Everahn’Ar również dała się zwieść, podobnie jak krasnoludzica Water’Eh i inne, elfki, trollice, syreny, magury, nimfy… Żadna z  kobiet wplątanych w spisek nie napiła się. Nie zrobili tego także mężczyźni, którzy zgodnie z tradycją mieli wychylić kielichy jako drudzy.
Czułe słowa kochanków przekonały przywódczynie rebelii do przewrotu. Wmawiali im tygodniami, że w naszym społeczeństwie nie ma równości, że mężczyźni są ciemiężeni, że nigdy nie będą traktowani na równi z kobietami. W końcu same w to uwierzyły. Czy nie było w tym trochę racji?
Nie zrozumcie mnie źle. Nasz świat nie dyskryminował mężczyzn, przynajmniej w założeniu. Po prostu dawno temu przydzielono nam pewne funkcje w zależności od predyspozycji i nikt tego nie negował. Być może potrzebna była większa swoboda. Jednak to, czego nie zrozumiały rebeliantki, miało się obrócić przeciwko nim samym. Przepełnieni goryczą spiskowcy nie chcieli równości; ci mężczyźni pragnęli władzy kompletnej i autorytarnej. Po napiciu się wody z jeziora Argentum zobaczyłam ich plan wprowadzony w życie. Przed moimi oczami pojawiła się jak żywa wizja świata, w którym płeć męska przejęła kontrolę, traktując kobiety jako gorsze, spychając je do nizin społecznych, krzywdząc bez miary i wyrzutów sumienia, poniżając nawet wtedy, kiedy uważała, że traktuje je jak równe sobie. Może nawet tak wyglądała rzeczywistość, zanim ród ‘Il wyruszył w przestrzeń kosmiczną, żeby znaleźć miejsce, w którym zbuduje nowy świat.
Wiedziałam, że nie wszyscy myśleli w ten sposób. Ale nie miało to już znaczenia, bo do głosu doszli akurat ci, a nie inni. Woda objawiła mi też, że kryje się w niej trucizna, a nasza planeta i tak zmierza ku upadkowi. Pozostało mi zdecydować, czy użyję swojej mocy, żeby uratować poddanych i dać im jeszcze te kilka dni, które prawdopodobnie wypełni krew i przemoc.
Zdecydowałam, że ograniczę działanie trucizny. Do tej pory nie sądziłam nawet, że jestem wystarczająco potężna, żeby to zrobić. Dałam im kilka dodatkowych dni, które mieli spędzić w otumanieniu i majakach. Czułam, że nikt inny nie poznał nieubłaganego losu, czekającego Solis i Clarit.
Ten wysiłek omal nie przekroczył jednak moich możliwości. Zemdlałam, a kiedy się obudziłam, byłam już tutaj. Zamknięta w ciasnej celi, brudna i sponiewierana, bez żadnych wiadomości o matce. Everahn’Ar stała przede mną, trzymając dłonie na podłużnych prętach krat, ubrana w kolczugę i ze splecionymi włosami. Dopiero teraz dostrzegłam w jej oczach niechęć i zrozumiałam, że nigdy nie była moją przyjaciółką. Z bliżej nieznanych przyczyn od zawsze mnie nienawidziła. Prawdopodobnie do udziału w rewolucji popchnęła ją zazdrość o moją uprzywilejowaną pozycję. Pomyśleć, że kiedyś tak bardzo ją szanowałam i ceniłam… Marzyłam nawet, że pewnego dnia stanie się dla mnie kimś więcej.
– Powinnaś była umrzeć. Tak byłoby dla ciebie lepiej – powiedziała szorstko na widok moich otwartych oczu.
Początkowo nie chciałam się nawet do niej odzywać, ale pokusa wytknięcia jej błędu była silniejsza.
– A ty powinnaś była wiedzieć, że wody Argentum nigdy nie zabiją nikogo z rodu ‘Il.
Prychnęła, odwracając się, i ruszyła żwawym krokiem do drzwi.
– Czekaj! – krzyknęłam za nią. – Co z moją matką?
Nie zatrzymała się nawet.
To był mój ostatni kontakt ze światem zewnętrznym. Chcąc się dowiedzieć, co dzieje się na zewnątrz, sięgałam do wizji, wciąż jeszcze buszujących w mojej głowie niczym małpy w dżungli.
Moja matka została najprawdopodobniej stracona. Reszta świata pogrążyła się w walkach; ocaleni przeze mnie stawiają opór rebeliantom. Zza maleńkiego okienka w murze dobiega smród wojny; krew mieszająca się z brudem, bagno i proch, strach, a tuż za nim coś o wiele gorszego: zapach rozumnych istot zmieniających się w bestie.
Tak zastanie nas koniec. Tak będzie wyglądał mój świat, kiedy zgasną ostatnie światła. Sny i wizje się skończyły; wszyscy musimy wyjść naprzeciw końcowi tacy, jakimi jesteśmy, bez żadnego wsparcia, bez warstwy tłumiącej.
Zawiodłam się na wszystkim, co otaczało mnie w tym świecie. Przenicowano moje wartości, odarto mnie ze złudzeń i zapewniono, że nie ułożymy już tego, co kiedyś zostało zepsute. Dlatego patrzę teraz na Solis i Clarit z wdzięcznością. Może to jest właśnie sposób Equilibry na danie światu nowej szansy? Być może w cieniu błędów dawnego powstanie nowy, tak samo jak kiedyś Sentemporium, ale ten kolejny będzie pozbawiony nierówności, pychy, agresji i wszystkiego, co doprowadziło nas do tego etapu? Taka jest moja nadzieja. Taką szansę dostrzegłam w srebrnej wodzie. I z tą myślą położę się zaraz spać na twardym, wąskim posłaniu, niepewna, czy jutro przywita mnie nowy dzień.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Łapacz koszmarów


Część pierwsza - Młodość

W mroku ginie świat. Ludzkie oko nie jest wystarczająco sprawne, żeby wychwycić kształty bez oświetlenia. To nie nasza jedyna słabość. Mimo wszystko uwielbiam patrzeć w lustro nawet kiedy jest ciemno i nic nie widzę. Sama świadomość jego obecności zmienia wszystko. Nie wiąże się to z próżnością. Wiem, że taka była wasza pierwsza myśl. Chodzi o to, że lustro pozwala mi widzieć z czym muszę się mierzyć z zewnątrz. Skorupę narzuconą mi przez koktajl genowy, z którą nigdy nie wygram. Ale dobrze jest znać wroga.
Słabość… Jest we wszystkim co widzę w odbiciu w świetle. Cienkich bliznach znaczących ramiona i nogi. Skąd się wzięły? Część to rozstępy i ślady zabaw. Inne stworzyłam sama. Próby samobójcze? To mocne słowa. Po prostu lubię patrzeć na swoją krew. Starczy delikatnie przejechać po skórze czymś ostrym – żyletką, scyzorykiem, igłą, a nawet kartką. Pojawia się czerwień. Ciecz. Krople. Kiedyś nazywałam je esencją życia. Analizowałam pod soczewką mikroskopu, starając się doszukać czegoś niezwykłego. Dzisiaj jest mi wszystko jedno. Obserwuję dalej, widzę trądzikowe kratery, które niegdyś spędzały mi sen z powiek. Początki zmarszczek w kącikach oczu. Ale czemu skupiać się jedynie na wierzchniej warstwie? Pod spodem są ścięgna i mięśnie, które także zarysowują się w odbiciu. Starczy poruszyć palcami. Zgiąć rękę. Niby wszyscy jesteśmy tacy sami. Więc dlaczego tak trudno nam się nawzajem zrozumieć?
Podobno dobrze jest pisać. To pozwala nabrać dystansu, pozbyć się nadmiaru emocji. Zmierzyć ze swoimi problemami. Choć tak naprawdę, nie mam wyboru. Mój terapeuta byłby ze mnie dumny. Tym razem się nie wymiguję.
Nad moją głową wisi łapacz snów. Kupiłam go kiedyś od Indianina, na którego natknęłam się na jakiejś wycieczce. Tańczył i śpiewał, sprzedając kolorowe drobiazgi w przerwach. Zapewne sprowadzone z Chin, ale lubię wierzyć, że mój łapacz jest prawdziwy. Spleciony z kolorowych nici, farbowanych piór i lusterek. Kolejnych w moim pokoju, uśmiechających się krzywo za każdym razem, kiedy moje usta znajdą się na odpowiedniej wysokości.
Kiedy zasypiam, unoszę się w przestrzeń. Brzmi nieprawdopodobnie, wiem. Ale właśnie tak się dzieje. Część mnie wzlatuje w górę, między gwiazdy, tracąc po drodze wszystko co zbędne. W przestrzeni kosmicznej nie liczą się te wszystkie głupoty, które na Ziemi stanowią oś życia. Jest tylko nieskończona pustka, czerń, raz na jakiś czas rozrzedzona żarem niewygasłej jeszcze galaktyki. I czarne dziury, czekające na szansę spustoszenia. Trudno uwierzyć, że jesteśmy tego cząstką. Żyjemy zawieszeni na małej planecie, ale wciąż nie potrafimy tego pojąć, prawda? Nie ma znaczenia, czy jest się sławnym i bogatym, czy biednym i nieznanym, inteligentnym, czy przeciętnym. Wobec ogromu wszechświata jesteśmy równi. Jesteśmy niczym.
Budzę się rano, a łapacz zatrzymuje w sobie jakąś cząstkę mojej podróży. Pachnie nieskończonością. Próżnia wdziera się do mojego ciała. Ale tam czeka ją niespodzianka. Nigdy nie zgadniecie. Tam już i tak nic nie ma.
Jakie to uczucie stracić wszystko? To coś więcej niż ból, cierpienie, rozkosz, przyjemność, radość… Mogłabym długo wyliczać. Nie ma to znaczenia. Nic nie ma znaczenia. Jest tylko szarość dni. Krew spływająca po nakłutym palcu. Zapach kawy po włączeniu ekspresu. Kolejny poranek.
Moje włosy to gniazdo bez kształtu, oczy znaczy siatka czerwonych żyłek. Czy wyglądam na dużo starszą, niż jestem?  Kiwam bezładnie głową w rytm jazdy tramwaju, nie będąc w stanie powstrzymać odruchu. Młody mężczyzna, siedzący naprzeciw, ustępuje mi miejsca. Nie może być starszy ode mnie. Rzuca mi pełne zrozumienia spojrzenie. Może myśli, że jestem na kacu? Mogłabym być. Co wczoraj piłam? Ile? Z kim? Próbuję sobie przypomnieć, ale tramwaj zatrzymuje się nagle i czas wysiąść. Orientuję się, że te kilka minut, które miałam poświęcić na refleksję, upłynęło mi na śnie.
W korytarzu przed salą wykładową czekają znajomi. Najważniejsze, to nie pokazać im siebie. Nigdy. Wymowny uśmiech i niemrawa mina sprawią, że znów uwierzą w roztargnienie spowodowane zbyt dużą ilością alkoholu spożytego poprzedniego dnia. Znowu? – zapyta może jedna osoba, a reszta zacznie chichotać.
Właściwie, to dzisiaj jest trochę inaczej. Natalia mierzy mnie wzrokiem i pyta, czy wszystko w porządku. Zapewniam ją, że tak, zasłaniając przedramiona rękawami brązowego swetra. To straszny kolor.  Nawet brzmienie tego słowa jest nijakie. Brązowy. Niewyróżniający się w tłumie. Świadczący o wyjątkowo ograniczonej wyobraźni przy dobieraniu rano ubrań. Ale i tak wszyscy go nosimy, prawda? Bo tak to wygląda. Jesteśmy tłumem bezbarwnych twarzy bez przeszłości i przyszłości, stanowiącym tło dla bardziej uprzywilejowanych, ludzi takich jak bogacze, celebryci, gwiazdy rocka. Jesteśmy brązem dla wybuchowej mieszanki pomarańczowego, żółci, fioletu, zieleni, różu, czerwieni i błękitu. Tamte kolory nie mają problemu ze zniszczoną cerą, przekrwionymi oczami, codzienną jazdą tramwajem przepełnionym pchającymi się nie wiadomo dokąd ludźmi, spóźnianiem się na zajęcia, pieniędzmi… Słuchaniem monotonnego głosu wykładowcy w ciemnej sali, kiedy przed oczami mimowolnie zaczynają majaczyć senne obrazy.
Możecie się zastanawiać, jak to możliwe, że ktoś tak młody wszystko stracił? Co z radością życia, młodzieńczym szaleństwem i entuzjazmem, którym bombardują nas reklamy gazowanych napojów? Twórcy tych samych spotów zaszczepiają w nas przekonanie, że każde dziecko ma szczęśliwe dzieciństwo, przepełnione słońcem i śmiechem. I że to, czego nam potrzeba do spełnienia, to coraz nowocześniejsze gadżety i samochody. Więc pozwólcie, że opowiem wam historię. Właśnie teraz, kiedy monotonia cudzego głosu sprawia, że i tak nie jestem w stanie notować niczego innego.
Dawno temu była sobie mała dziewczynka, na potrzeby tej historii zwana Marzycielką. Ta nazwa nie bierze się znikąd. Jej wyobraźnia nie miała granic. Wierzyła we wszystko co piękne i dobre. Kochała świat. Ale potem coś się zmieniło.
Zaczęło się od prostego etapu przejściowego. Urosła, poszła do przedszkola, gdzie według wszelkich przesłanek miała poznać nowych kolegów i bawić się lepiej niż kiedykolwiek dotąd. Ale w schowanym między blokami mieszkalnymi, niewielkim, paskudnie pomalowanym budynku z małym placem zabaw na tyle kryło się coś zupełnie innego. A raczej ktoś. Jeśli na tym świecie istnieje osoba, którą można obwinić za odarcie Marzycielki z jej podstawowego składnika potrzebnego do istnienia, czyli marzeń, to z pewnością jest to Ona. Z pozoru nierzucająca się w oczy, chuda, starsza kobieta o krótko ściętych, marnych i siwych włosach oraz wielkich okularach nasuniętych na pomarszczoną twarz. Do dziś pojawia się w koszmarach Marzycielki. Wpychając dzieciom niedogotowaną wątróbkę do gardeł, czemu zawsze towarzyszą pomstujące okrzyki. Spacerując między rzędem polowych łóżek, przyglądając się, czy żadne dziecko aby się nie poruszyło, nie uchyliło powiek na kilka milimetrów. Kto tu znowu beczy? – rozlega się jej krzyk, kiedy tylko ktoś głośniej zaczerpnie powietrza. Ona to złe określenie. Ta osoba wyprała się z resztek kobiecości i człowieczeństwa, stając się monstrum, terroryzującym dzieci w wieku, w którym są najwrażliwsze i bezbronne. Hołubiła jedynie własną wnuczkę i kilkoro wystarczająco, jak na jej gust, chamskich i niewychowanych dzieci. Kto chciałby wyrastać pod taką opieką? Kto? Dzisiaj publicznie zlinczowałoby się takie praktyki. Ale owo monstrum jest już na emeryturze, a kto przejmowałby się traumami z okresu przedszkola?
Wiecie, obiecywałam, że to opowiem, ale coraz bardziej tracę chęć. To zaledwie początek obdzierania z marzeń, ale jaki jest sens wdawania się w szczegóły?
Po zajęciach nie chce mi się wracać do siebie. Nie żeby było to zaskakujące. Ostatnio trudno powiedzieć, że cokolwiek mi się chce. Patrzę w niebo, które szarzeje szybciej, niż przesuwają się po nim moje oczy. Za chwilę zacznie zmierzchać. Ludzie na ulicy przyspieszają kroku, tak jakby mrok był jakąś chorobą zakaźną, przed którą trzeba się chronić. A czy to nie on niesie za sobą wolność? Pokazuje nam całą prawdę o tym, kim jesteśmy. Jak zachowujesz się, kiedy nikt cię nie widzi? Czy jesteś dobry, czy zły? Sympatyczny, odrażający? Szanujesz innych, a może jesteś złodziejem? Gwałcicielem?
Światła palą się wszędzie. W bibliotekach, gdzie pochyleni nad pachnącymi kurzem stronicami ludzie próbują spojrzeć na świat cudzymi oczami. W kawiarniach, gdzie nieznajomi zastanawiają się jak przełamać krępującą ciszę, na siłowni, gdzie kolejna seria ćwiczeń podnosi samoocenę niepewnym siebie. Jeśli chcę dostrzec jedyne, co mnie naprawdę interesuje, muszę iść dalej. Oddzielić się od gwaru rozmów, zgiełku ruchu drogowego i twarzy, których nigdy nie poznam. Na szczęście od początku przeczuwam dokąd zmierzam.
Wiecie, kilka dni temu miałam wypadek. Zatrułam się czadem we własnej łazience. Brzmi idiotycznie, prawda? I tak właśnie było. Stałam pod prysznicem, tuż obok piecyka gazowego. Myłam włosy, a spieniony szampon spływał mi po plecach. I nagle piecyk przestał działać. Nie mogłam oczywiście wyczuć czadu – jest bezwonny, ale nie mogę powiedzieć, że nie zorientowałam się, że coś jest nie tak. Śmierdziało spalinami i zaczęło mi się kręcić w głowie. I wtedy przyszło mi do głowy kilka rzeczy. Monstrum z przedszkola, niezrozumienie w szkole, studia, które nie przynoszą mi satysfakcji i nie wiem, dlaczego ich się trzymam. Dlaczego miałabym się odsuwać? Przysunęłam nos bliżej piecyka, licząc na to, że raz na zawsze pozbędę się kłopotu szarych dni pozbawionych sensu. Zaczęłam oddychać głęboko, a później pojawiła się ciemność. Odpłynęłam.
Teraz jestem tutaj. Więc wiecie już, że nic mi się nie stało. Noc spędzona w szpitalu pod maską tlenową i wróciłam do normalności. Przynajmniej fizycznie. Mogę stukać obcasami w kostkę brukową, wyglądając mojego ulubionego widoku. Tak wiele historii zaczyna się tu i kończy. Woda faluje, odbijając światła witryn sklepowych i latarni. Most wydaje się wręcz być obciążony ilością przypiętych do niego kłódek. Każda z nich była obietnicą miłości. Ile z zakładających je par dotrwało do dziś?

Część druga – Wiek Średni

Kiedyś myślałam, że posiadanie własnego mieszkania i nieźle płatnej pracy to wielkie osiągnięcie, które sprawia, że jesteś zadowolony z życia. Być może wniosek ten wypłynął z oglądania filmów, których bohaterki, niezależnie od wieku i braku doświadczenia, posiadały perfekcyjne mieszkania, plany dnia, ciała, chodziły do idealnej pracy i w pewnym momencie spotykały tego jedynego – mężczyznę marzeń, który tylko dopełniał całość.
Mojemu mieszkaniu wiele brakuje. Podoba mi się w nim głównie jedna rzecz – obwiesiłam całe lustrami. Wiem, że to dziwne. Mój terapeuta twierdzi, że silna potrzeba ciągłego patrzenia w lustra bierze się u mnie z niepewności. Mam niską samoocenę, a że lubię to w sobie podsycać, stała obserwacja pozwala mi co chwila doszukiwać się nowych niedoskonałości. Aż trudno uwierzyć, że płacę takiemu komuś, prawda? Teraz zalecił mi pisanie. Więc piszę. Samotna kobieta w średnim wieku, która mogłaby się zająć czymś pożytecznym. Na przykład dopilnować, żeby w lodówce było jedzenie, a sterta ubrań nareszcie została wyprasowana. Ale zamiast iść na zakupy i sięgnąć po żelazko bazgrolę po kartce.
Wracając do tematu luster, tu nie chodzi ani o niską samoocenę, ani o próżność. Po prostu je lubię. W nocy zapalam na środku pokoju lampę o czarnym kloszu pełnym maleńkich otworów i kiedy plamki światła odbijają się, tworząc galaktyczną mozaikę, wędruję po przestrzeni kosmicznej oddzielając się od tej bezsensownej pustki, którą w zwykłych warunkach niesie mi życie. Te podróże są prawdziwe, nawet jeżeli trudno w to uwierzyć. Nieskończoność pełna gwiazd niesie mi ukojenie. Wobec niej moja pustka i nijakość nie mają żadnego znaczenia. Wtedy wiem, że wszyscy jesteśmy równi. Że nieważne, że przybyło mi kilogramów, że oprócz blizn po trądziku na mojej twarzy pojawiają się zmarszczki, że praca na uczelni, której się kiedyś podjęłam, nie ma sensu, a moje ciało znaczy siatka blizn, bo czasem lubię nacinać swoją skórę czymś ostrym, tylko po to, żeby wreszcie coś poczuć.
Kiedy nadchodzi ranek, z mroku wyłania się łapacz snów, który trzymam nad wezgłowiem łóżka. Kupowanie go było żenujące. Na jednej z wycieczek, spacerując długim molo, natknęłam się na Indianina, który w przerwach swoich występów sprzedawał różne tandety. Mam świadomość kiczowatości tych wszystkich drobiazgów, ale kolorowe łapacze snów zawsze mi się podobały. Skoro wyprodukowano je w Chinach, to samo kupienie go od Indianina poprawia sytuację. Nie zmienia to jednak faktu, że nie byłam dumna z siebie, stojąc za rzędem roześmianych nastolatek w przykrótkich topach. Obrzucały mnie szyderczymi spojrzeniami, jakby powyżej danego wieku nie można było zaopatrzać się w pamiątki na wyjazdach. Kiedy udało mi się zapłacić, umknęłam szybko z zasięgu ich spojrzeń, trzymając kurczowo zdobycz. A teraz, za każdym razem gdy się budzę, wydaje mi się, że rzeczywiście wśród jego piór majaczy odbicie moich nocnych podróży. Ale potem przychodzi moment powrotu do rzeczywistości. Trzeba zebrać się w sobie, wypić poranną kawę i pojechać na zajęcia.
W tramwaju jakiś student ustępuje mi miejsca. Czasem wciąż wydaje mi się, że jestem młoda, mniej więcej w jego wieku, i oburzam się wewnątrz siebie, mając ochotę wykrzyczeć, że przecież nie wyglądam tak staro. Ale prawda jest inna. Dlatego siadam z wdzięczną miną, kładąc na kolanach potężną torebkę i wygładzając poły brązowego swetra. Nijakiego jak całe życie i wszystkie twarze zgromadzone wokół mnie.
Na korytarzu zagaduje mnie koleżanka, która o tej porze ma wykład na tym samym piętrze. Ze znaczącym uśmieszkiem pyta, czy znowu opróżniłam sama butelkę wina, którą podarowała mi ostatnio przy jakiejś okazji. Kiedy nie odwzajemniam się banalnym komentarzem, na chwilę traci rezon, przystaje i kładzie mi rękę na ramieniu. Pyta, czy wszystko w porządku, a ja zapewniam ją, że tak, że to tylko zmęczenie. Najważniejsze, to nigdy nie pokazać, co czuje się naprawdę. Przecież w takich czasach żyjemy. Era samotności. Mimo to, nawet jedna z młodych studentek, Natalia, pyta się mnie, czy dobrze się czuję. Zbywam ją i wpuszczam ich do sali.
Moje zajęcia są nudne. Sama to czuję, ale jeśli ich nie przeprowadzę, kto zapłaci za czynsz? Powinnam się cieszyć, że w ogóle zarabiam, pracując na uczelni. Większość z nas, wykładowców, prawie głoduje w imię nauki. Powinnam, powinnam… Do tego sprowadza się życie, prawda? Powinniśmy mnóstwo. Na chwilę uciekam wspomnieniami do najwcześniejszych powinności, jakie pamiętam. Staje mi przed oczami przedszkolanka. Stara, zasuszona kobieta w wielkich okularach, nosząca paskudne buty zdrowotne, te trzeszczące, o grubej podeszwie i gumowej powierzchni pełnej dziur. Grozi mi, że powinnam zjeść śniadanie. Przyschnięty chleb pokryty niesmacznym pasztetem pełnym skorupek z cebuli. Tłumaczę jej, że jadłam już w domu, że naprawdę tego nie zmieszczę, żeby nie krzyknąć jej prosto w twarz, że to ohydne jeszcze bardziej niż ona i jej metody wychowawcze. Hołubienie rozrabiaków, zmuszanie dzieci do spania i jedzenia, krzyczenie na najwrażliwszych. Kładzenie poduszek na głowy tym, którzy nie chcą zamknąć oczu. Obiecywanie w obecności rodzica, że jeśli dziecko o coś poprosi samodzielnie, to oczywiście zostanie to rozważone. A kiedy ten zniknie z pola widzenia, krzyczenie na każdego, kto ośmieli się odezwać. To przedszkolne monstrum też lubiło narzucać nam co powinniśmy, a czego nie powinniśmy. Wtedy zostałam pierwszy raz odarta z wiary, że ten świat to piękne miejsce. Wtedy pozbawiono mnie marzeń. A gdybym opowiedziała to komuś teraz, wyśmiałby mnie i roztkliwianie się nad tą traumą. Przecież to było tyle lat temu.
Patrzę na twarze zebranych przede mną studentów. To oczywiście zupełnie co innego niż bezbronne dzieci, ale i tak obiecałam sobie, że nigdy nie pójdę w ślady tamtej przedszkolanki. Wolę być nudna. To nikogo nie zrani.
Dlaczego cały czas czuję pustkę? Bo właśnie wtedy, w tyranizowanym przedszkolu rozpoczął się proces, który rzuca światło na moje wszystkie wybory. Przestałam marzyć.
Kiedy moje zajęcia się kończą, niebo jest już szare. Kolejny dzień, który umknął niepostrzeżenie. Kolejny dzień, który był taki sam jak tysiące innych. Właśnie to przyszło mi do głowy kilka dni temu, kiedy zdarzył mi się wypadek. Zatrułam się czadem podczas kąpieli. Brałam prysznic, kiedy piecyk gazowy przestał działać, a ja, zamiast odsunąć się i wyjść z łazienki, przysunęłam do niego mokrą głowę, zastanawiając się, jak to jest przerwać to smętne, błędne koło nijakości. Oddzielić się od życia, które nic nie wnosi. A potem odpłynęłam. Wylądowałam w ciemności. Oczywiście za chwilę odzyskałam przytomność i zadzwoniłam na pogotowie. Czemu? Może nie byłam jeszcze gotowa. Ostatnie skrawki emocji zebrały się, tworząc strach przed tym, co mogłoby nastąpić. Ale dzisiaj jest inaczej.
Nie chce mi się wracać, więc idę przez miasto. Stukot moich obcasów dodaje mi więcej animuszu i elegancji, niż bym sobie życzyła. Zza witryn kawiarń i barów wyglądają na mnie bezmyślne twarze ludzi, którym być może przemknie przez myśl, że to całkiem elegancka kobieta w średnim wieku przemierza ulicę, a nie stado koni, jak można by sądzić po dźwięku.
Brązowy sweter, średni wiek… Na swój sposób sięgnęłam dna. Kiedyś nie sądziłam, że jestem taka. A teraz staję na moście, otoczona wodą, w której odbijają się gwiazdy i ten jeden raz widzę samą siebie tam, gdzie zawsze chciałam się znaleźć – wśród gwiazd. Nie mają znaczenia światła miasta, którego zdążyłam poznać każdy kąt, kłódki powieszone na balustradzie, które dla kogoś stanowiły przyrzeczenie miłości. Jestem tu ja i gwiazdy.

Część trzecia – Starość

Starość – nie radość. Nie wiem kto i kiedy to powiedział, ale miał rację. Jeżeli cokolwiek w moim życiu było radosne, to na pewno nie starość.
Moje mieszkanie jest obwieszone lustrami. Staram się w nie nie patrzeć, bo wtedy objawia mi się własna twarz. Dzięki tłustej cerze pomarszczona trochę mniej, niż skóra moich sąsiadek. Ale samo odbicie sylwetki, w tym przypadku niestety mojej, pozwala mi na chwilę zapomnieć o samotności. Mam tu tyle ruszających się cieni, że nigdy nie jest trudno o kogoś do porozmawiania. Na ścianach powiesiłam też łapacze snów, które ostatnio okazyjnie kupiłam na wycieczce od jakiegoś Indianina. Kiedyś tacy ludzie nie pojawiali się u nas. Czegóż to nie dokonuje globalizacja?
Moje łapacze są kolorowe, a ich pióra falują przy najmniejszym poruszeniu. To kolejny element pobudzający nieco do życia moją zatęchłą codzienność, ale nie mogę powiedzieć, że pomaga. Jedyne co wnosi, to cień moich snów, cudownych podróży po przestrzeni kosmicznej, podczas których nie liczy się to, jak żyję i ile mam lat. Są tam gwiazdy i czarne dziury, a ja jestem w porównaniu do nich zaledwie marnym pyłem.
To trochę głupie, w tym wieku narzekać na takie rzeczy jak brak towarzystwa czy odczuwana bezustannie pustka. Szarość dni. Ale mimo to, kilka dni temu poszłam do specjalisty, mając nadzieję, że coś mi poradzi. Zbył mnie w zasadzie, stwierdzając, że powinnam być szczęśliwa z dożycia takiego wieku w dobrym zdrowiu. A jeśli czasem brakuje mi towarzystwa, to przecież zawsze mogę się umówić ze znajomymi, albo wybrać do domu dziennej opieki. Przypuszczam, że nigdy tam nie był. Mi to miejsce przypomina dzieciństwo i przedszkole, jedną z największych traum mojego życia. Tak, nawet tak stara kobieta jak ja może to pamiętać i równie mocno przeżywać. Wieczny odór niesmacznego jedzenia, opiekunki w tych paskudnych, trzeszczących kapciach, krzyczące na dzieci pod byle pretekstem. Nakazujące spożywanie tych wygotowanych potraw bez smaku, pilnujące, żeby podczas pory spania żadne dziecko nie odważyło się otworzyć oczu, przekręcić, czy nawet głośniej zaczerpnąć powietrza. Szczególnie jedna z nich. Jak ona miała na imię? Coś polskiego, kojarzącego się z kurą domową. Jeśli ktoś tak zadba o twoje dzieciństwo, to jakie możesz mieć widoki na przyjemną starość? Ona już pewnie teraz nie żyje, spełniwszy swoją powinność, pozostawiwszy po sobie setki dzieci z traumą przedszkolną.
Ale o czym to ja mówiłam? Ach tak, wizyta u specjalisty. Jedynym rozsądnym posunięciem, które mi zalecił, było rozpoczęcie prowadzenia pamiętnika. I oto jestem, niemogąca spać staruszka, zgarbiona nad zeszytem, drżącą ręką wypisująca co jej przyjdzie do głowy. A wokół mnie tańczą odbicia. Czuję, jakbym w tym samym momencie była znowu młodsza, a nawet dużo młodsza. Czy to możliwe, że w innej rzeczywistości przeżywam ten sam dzień w innym wieku? Nieważne, to dopiero się nazywa bzdurzenie.
Rano piję tradycyjną, parzoną kawę. Aż trudno uwierzyć, ale wciąż raz na tydzień mam swój wykład na uczelni. Dlatego zbieram się i wychodzę z domu, na szary świat, pełen ludzi równie szarych jak ja. Wsiadam w tramwaj, w którym momentalnie jeden z młodych pasażerów, pewnie student, zeskakuje z miejsca. Dziękuję mu i siadam. Czy ja już gdzieś go widziałam? To naprawdę dziwny dzień. Drgania powodują, że głowa to opada, to się podnosi. Gwałtowne skręty wywołują ból w kościach, szczególnie krzyżach. Ale w zasadzie jest mi wszystko jedno. Od dawna. Nic nie budzi we mnie najmniejszych odczuć. Czasem siadam wieczorem w kuchni i igłą nakłuwam opuszki palców, obserwując spływającą po nich krew. Esencję życia. Chcę po prostu coś poczuć, nawet ból, ale to wciąż nie pomaga. Moim jedynym towarzystwem jest wewnętrzna pustka i świetlne refleksy w lustrach, które nocą przywodzą na myśl gwiazdy.
Przed wejściem do sali czeka już mały tłum. Przeciskam się między nimi, szukając w torbie klucza. Przy drzwiach wzdycham głęboko, a jedna ze studentek pyta, czy wszystko w porządku. Jak ona się nazywa? Wydaje mi się, że jej imię zaczyna się na „s”, ale kiedy już mam ją nazwać Sandrą, przypomina mi się. Natalia. Zapewniam ją, że wszystko w porządku.
Moje wykłady nie są porywające. Trudno mówić o czymś, w co przestało się wierzyć. Choć to zakłada, że kiedykolwiek się wierzyło. A dla mnie to nigdy nie miało sensu. Sądząc po bezmyślnych twarzach studentów, dla nich też nie ma. Są tu tylko, żeby zaliczyć kolejny przedmiot z listy. Kiedy to wszystko sprowadziło się do tak żałosnych norm? Gdzie podziali się geniusze zmieniający świat? Oczywiście wiem. Są gdzieś tam, w feerii barw, podczas gdy my stanowimy ich tło, brązowe jak mój sweter, nijakie, ale potrzebne, bo bez nas kto podziwiałby ich wyczyny? Jaki sens miałaby matematyka, jeśli nie byłoby osoby stosującej jej zasady? Jaki sens miałaby niepodległość, gdyby było się jedyną osobą na świecie? Jaki sens mieliby celebryci, gdyby nie miał ich kto podziwiać? Zaaferowana gubię wątek, a młode twarze przyglądają mi się podejrzliwie. Wolę jednak być nudna, a nawet śmieszna, niż okrutna, jak ta przedszkolanka, ukryta za fasadą grubych szkieł okularów. To idiotyczne, że wciąż o niej myślę. Po tylu latach. Ale ona była kamykiem, który zapoczątkował lawinę. Wywołany przez nią kataklizm pozbawił mnie wiary w świat, w marzenia, w możliwości. A teraz jestem starą kobietą w brzydkim swetrze, z pustką w sercu i głowie. Kilka dni temu wylądowałam w szpitalu po zatruciu czadem we własnej łazience. Czy to nie pokazuje, jak bardzo zniedołężniałam? Przynajmniej tak sądzą lekarze, którzy sugerowali przeprowadzenie się do domu opieki, albo chociaż do kogoś. Nikt nie pomyślał, że to nie wypadek, że celowo wdychałam gaz, mając nadzieję, że wyrwie mnie ze spirali szarości i pustki.
Dzień powoli się kończy, ale ja nie chcę wracać do siebie. Czy ja wszystko straciłam, czy może nigdy nic nie miałam? Wbijam wzrok w niebo, szarzejące pod wpływem zapadającego zmierzchu. Wiem, gdzie chciałabym się teraz znaleźć. A nogi rozpoczynają wędrówkę, nie słuchając głosu rozsądku, który przestrzega je przed bólem i wycieńczeniem. Stękając lekko, mijam rozświetlone witryny kawiarń, gdzie szary tłum, który nie ma znaczenia równie mocno jak ja, pije pobudzające napoje i wmawia sobie, że jest inaczej. Ludzie przesuwają się na ulicy, widząc jak drepcę, robiąc miejsce dla żałośliwej, starszej pani. A ja sunę przed siebie, jeszcze niegotowa, żeby się poddać.
Przystaję dopiero na moście. Tam blask miasta odbija się w rzece, faluje, jakby zapraszał do zabawy. Nawet mnie, starą i znękaną. Do balustrady przeczepione są kłódki. Obietnice miłości. Ciekawe, ile z nich naprawdę coś znaczyło? Spojrzawszy jeszcze raz, widzę, że w wodzie pode mną, mimo tak licznych świateł, odbijają się gwiazdy. Czy to nie poetyckie? Gwiazdy pode mną i nade mną, a w środku ja.

Epilog

Znacie już kilka faktów. Niebo jest tak czyste, że widać gwiazdy. Mimo blasku miasta, ich światło odbija się też w tafli wody. I oto stoję, zawieszona między jednymi ognistymi kulami i drugimi. Kim jestem? Ile mam lat? Czy to naprawdę ma znaczenie? Widzicie, prawda jest jak kostka Rubika – tylko nieliczni potrafią ją poskładać w całość. Cała reszta czuje się zgubiona już przy pierwszym ruchu. A ja? Mogłam przeżyć ten dzień z trzech perspektyw. Każda z nich była zarazem taka sama i trochę inna. To nieważne. Starczy się wspiąć na murek. A teraz… Jeden krok i naprawdę znajdę się tam, gdzie moje miejsce. W przestrzeni, między planetami i gwiazdami. Myśleliście, że opowiem wam historię o bólu wywołanym stratą, o śmierci i ubolewaniu, prawda? Powiedziałam przecież, że straciłam wszystko. I poniekąd tak się stało. Tyle, że tu nie chodzi o moją rodzinę, znajomych. Nawet nie o początek, czyli monstrum z przedszkola. Nie mam już marzeń. Straciłam je, a one były dla mnie wszystkim. Czym jest życie bez marzeń? Dla mnie, w tym momencie, jednym: krokiem wprzód. Jakie będą jego skutki? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami.