Tym razem w kierunku fantasy. Pomysł stworzenia damskiego świata już od dawna za mną chodził, choć w maskulinistycznie skonstruowanym języku trudno go zrealizować. Być może któregoś dnia uda mi się go (samo to, że damski świat wciąż pozostaje w rodzaju męskim to paradoks) bardziej rozbudować. Ale na razie historia samego końca.
Kiedy
zostałam wybrana na stanowisko Głównej Przywódczyni, czułam się dumna jak nigdy
dotąd. Moje imię przemierzało świat ze wzrastającą prędkością. Po chwili znały
je wszystkie istnienia na naszej planecie, niezależnie od rasy, pochodzenia i
kultury. Kiedy stawiłam się na posiedzeniu Rady Większych i Mniejszych, nawet
najwyżej urodzone elfki z rodu ‘Ar skłoniły w moją stronę głowy. A
przecież słynęły z arogancji i przekonania o własnej wyższości. Ale tym razem
to ja osiągnęłam coś nieosiągalnego; byłam najmłodszą osobą obejmującą to
stanowisko w historii. Ponadto pochodziłam z rodu jeszcze ważniejszego niż ‘Ar,
który – choć szanowany – liczył sobie zaledwie kilkaset lat. To ja byłam
potomkinią kobiet, które u zarania dziejów zbudowały nasz świat – Sentemporium.
Moim dziedzictwem był początek całej historii, a z mojej krwi powstały
wszystkie rasy.
Oczywiście
nie odbiło się to na moim wyglądzie. Lubię sobie wyobrażać, że nie jestem
genetycznie powiązana z przysadzistymi, włochatymi krasnoludzicami. Albo
dziwacznymi trollicami o twardej skórze, mieszkającymi gdzieś w głębi jaskiń.
Już nie mówiąc o rasie magur, żyjącej w bagnach, o brunatnych ciałach pokrytych
cętkami i błonach między palcami. To kuzynki syren, ale wzbudzają zgoła inne uczucia
niż ich krewniaczki. Według mnie samej najbardziej przypominam elfkę. Jestem
równie wysoka co one, mam jasną cerę i złociste włosy, nawet moje uszy są lekko
spiczaste. Moja matka oczywiście tego nie dostrzega. Uważa, że jesteśmy po
prostu ludźmi. Ale przecież nie możemy być tylko tymi nędznymi istotami, skoro
nasz ród zapoczątkował wszystko!
-
Choć raz poczuj się człowiekiem i bądź z tego dumna, Emilan’Il. Może wtedy
przestaniesz mieć problemy z akceptacją wszystkich innych ras.
Ciekawe,
że właśnie od niej słyszałam takie porady. Nie dość, że to nasze babki nadały
tej planecie nazwę, oznaczającą w pradawnym języku poczucie człowieczeństwa, to
jeszcze własna matka kazała mi akceptować rasy, które z powodu naszej mocy
skazały nas na wiele lat wygnania.
Nie
żeby to miało teraz jakiekolwiek znaczenie. Dałam się zapędzić w kozi róg. Te,
które wyniosły mnie ku władzy, nigdy nie chciały, żebym ją sprawowała. Zostałam
zmanipulowana, żeby wprowadzić chaos zamiast porządku. Wylądowałam w brudnej celi
w lochach własnej siedziby. Nie jestem w stanie się wyprostować z powodu
ciasnoty. Moje włosy i skóra są tak brudne, a plecy tak zgarbione, że równie
dobrze mogłabym być trollem. A zza wąziutkiego okna w murze dobiegają
dźwięki wojny, którą rozpętałam. Siedzę tu, ukrywając niczym sekret smutną
prawdę. W rzeczywistości to nie tajemnica, po prostu nie zdążyłam jej nikomu
wyjawić, zanim bezdusznie pozbawiono mnie pozycji i zamknięto. Teraz i tak nikt
by mi nie uwierzył.
Solis
i Clarit. Tak nazywają się dwie gwiazdy oświetlające naszą planetę. Podobno
dawno temu czuwająca nad naszym losem bogini, Equilibra, zapaliła je swoim
boskim oddechem, by umożliwić nam życie. Czyniły to przez tysiące lat. A teraz
nadszedł ich kres. Od początku mojego życia zastanawiałam się, kiedy to nastąpi.
Podobno dawno temu Solis była biała, momentami wydawała się wręcz niebieska, a
Clarit błyszczała z niesamowitą mocą. Były dalekie i piękne. A jednak od kiedy
pojawiłam się na świecie, obie wyglądały na zmęczone i ociężałe; całe
czerwone, wisiały nisko nad Sentemporium. Zgodnie z moją wiedzą, zostało nam
zaledwie kilka dni. Tym razem Equilibra nie interweniuje. Kres Solis i Clarit
to kres naszego życia.
Kiedy
się tego dowiedziałam, nie byłam pewna, czy to prawda. Wtedy dopiero zaczęłam
orientować się, że mimo zapewnień mojej matki, różnimy się od zwykłych ludzi
czymś więcej niż krwią. I że to nie przypadek, że wszystkie rasy, które bały
się kiedyś naszego rodu, teraz przyjęły nas pokornie, szukając przebaczenia.
Działo się to miesiąc temu, tuż po ceremonii naznaczenia mnie na Główną
Przywódczynię.
Przygotowywałam
się na ten moment, od kiedy cztery lata temu wróciłyśmy z wygnania, a Rada
przyjęła nas z wszelkimi honorami w stolicy. Dostałyśmy własną siedzibę i
gwarancję życia w luksusie. Wyznaczono mi nawet prywatną nauczycielkę,
Everahn’Ar, która stała się też moją najbliższą przyjaciółką. Myślę, że to nas
zaślepiło. Po latach życia w ukryciu i niepewności jutra, moja matka
potrzebowała stabilizacji. Ja też jej potrzebowałam. A kiedy powiedziano, że
Rada postanowiła wybrać mnie na Przywódczynię, gdy tylko skończę szesnaście
lat, po prostu uwierzyłyśmy, że mamy szczęście.
Everahn’Ar
była nieco wyniosła, ale skrupulatnie wywiązała się ze swoich zadań. Nauczyła
mnie wszelkich zasad funkcjonowania naszej planety. Wyjaśniła, że u zarania
kobiety zostały wyniesione na władczynie i istoty dominujące ze względu na swój
intelekt i umiejętności, natomiast osobnikom męskim zostały wyznaczone
głównie prace fizyczne ze względu na ich przystosowanie biologiczne. Opisała mi
życie na każdym z lądów – suchym z gorąca kontynencie Elargi,
ciepło-wilgotnym Vera, chłodnym Tumne i zlodowaciałym Ivero. Przybliżyła
tradycje i kultury wszystkich ras i nauczyła podstaw ich języków, tak żebym
mogła wyrecytować w nich przysięgi, kiedy nadejdzie czas. Problem w tym, że
darząc ją szacunkiem i sympatią, nigdy nie pomyślałam, że mogę być tylko
narzędziem w jej rękach. Naczyniem wypełnianym stronniczymi poglądami i
stereotypami. Moja matka musiała być tego w większym stopniu świadoma –
skądś brały się jej rady. A jednak przez większość czasu przymykała oczy,
zasłaniając wątpliwości płaszczem wygód i przepychu.
W
dniu ceremonii to Everahn’Ar była przy mnie. Od samego poranka pilnowała, żebym
zjadła odpowiedni posiłek, założyła odpowiedni strój, elegancko zaczesała
włosy. Potem to ona, jako jedna z członkiń Rady, namaściła mnie odpowiednimi
substancjami, podczas gdy ja recytowałam z pamięci powtarzane od czterech lat
przysięgi, a zebrany przed balkonem lud spijał słowa z moich warg. Byli tam
wszyscy: trollice, magury, krasnoludzice, elfki, siedzące na brzegu rzeki syreny, nimfy,
rusałki leśne… Przybyły nawet męskie osobniki wszystkich ras.
A
potem nadszedł moment obchodów, tradycyjnego świętowania, które mógł rozpocząć
jedynie członek rodu ‘Il – dlatego od setek lat nie powtarzano tego zwyczaju. Teraz
zaś wszyscy czekali na niego z niecierpliwością.
–
Wystarczy, że zanurzysz dłoń w Źródle – szepnęła mi Everahn’Ar, choć wcale nie
musiała tego robić. Była to najważniejsza część uroczystości. Jeszcze zanim
przybyłyśmy z wygnania i wysoko postawione elfki zaczęły mnie kształcić,
codziennie podkreślając wagę tej chwili, matka wielokrotnie opowiadała mi o tym
szczególnym momencie. Chwili, kiedy tradycja przeplata się z magią, a sny stają
się rzeczywistością.
Krok
po kroku podeszłam do kamiennej misy, stojącej pośrodku balkonu. Czułam się
oszołomiona ilością skupionych na mnie spojrzeń, pełnych napięcia i ekscytacji.
Zebrana w naczyniu woda też wydawała się ożywiona; falowała delikatnie pod
wpływem wiatru, a zebrane w niej drobinki złota błyszczały w świetle
zachodzących Solis i Clarit.
Woda
w misie pochodziła z Argentum, Srebrnego Jeziora, na którego brzegu postawiono
nasz pałac. Wąski, ledwie zauważalny kanał wyżłobiony w naczyniu prowadził
przez podłogę i złotą rynnę prosto do błyszczącej tafli. W chwili zetknięcia
migoczącej substancji z moją skórą zaszła przemiana. Każdy, kto od tej chwili w
przeciągu tygodnia skosztował wód Argentum, miał dostąpić swego rodzaju
iluminacji w postaci snów na jawie. Te marzenia mogły dotyczyć przeszłości i
przyszłości naszego świata, wyjaśniać pewne zjawiska, przypominać legendy, a także
ujawniać poszczególnym jednostkom ich ukryte talenty i przeznaczenie.
Zwyczajowo lewą dłonią uniosłam pierwszy kielich na cześć nowej epoki i
wychyliłam go, nie przyjrzawszy się nawet dokładnie otoczeniu. Dlatego też nie
zauważyłam, że nie wszyscy poszli za moim przykładem.
Woda
została pewnie w jakiś sposób zatruta. Kto dokładnie za to odpowiadał? Dziś nie
ma to już takiego znaczenia, ale obstawiam Saverahn’Ar, młodszą siostrę mojej
nauczycielki. Wszyscy wiedzieli, że straciła głowę dla swojego ludzkiego
kochanka. Często śmiałyśmy się z jej słabości. Tymczasem nie była jedyna.
Everahn’Ar również dała się zwieść, podobnie jak krasnoludzica Water’Eh i inne,
elfki, trollice, syreny, magury, nimfy… Żadna z kobiet wplątanych w spisek nie napiła się. Nie
zrobili tego także mężczyźni, którzy zgodnie z tradycją mieli wychylić kielichy
jako drudzy.
Czułe
słowa kochanków przekonały przywódczynie rebelii do przewrotu. Wmawiali im
tygodniami, że w naszym społeczeństwie nie ma równości, że mężczyźni są ciemiężeni,
że nigdy nie będą traktowani na równi z kobietami. W końcu same w to uwierzyły.
Czy nie było w tym trochę racji?
Nie
zrozumcie mnie źle. Nasz świat nie dyskryminował mężczyzn, przynajmniej w założeniu.
Po prostu dawno temu przydzielono nam pewne funkcje w zależności od
predyspozycji i nikt tego nie negował. Być może potrzebna była większa swoboda.
Jednak to, czego nie zrozumiały rebeliantki, miało się obrócić przeciwko nim
samym. Przepełnieni goryczą spiskowcy nie chcieli równości; ci mężczyźni
pragnęli władzy kompletnej i autorytarnej. Po napiciu się wody z jeziora
Argentum zobaczyłam ich plan wprowadzony w życie. Przed moimi oczami
pojawiła się jak żywa wizja świata, w którym płeć męska przejęła kontrolę,
traktując kobiety jako gorsze, spychając je do nizin społecznych, krzywdząc bez
miary i wyrzutów sumienia, poniżając nawet wtedy, kiedy uważała, że traktuje je
jak równe sobie. Może nawet tak wyglądała rzeczywistość, zanim ród ‘Il wyruszył
w przestrzeń kosmiczną, żeby znaleźć miejsce, w którym zbuduje nowy świat.
Wiedziałam,
że nie wszyscy myśleli w ten sposób. Ale nie miało to już znaczenia, bo do
głosu doszli akurat ci, a nie inni. Woda objawiła mi też, że kryje się w niej
trucizna, a nasza planeta i tak zmierza ku upadkowi. Pozostało mi zdecydować,
czy użyję swojej mocy, żeby uratować poddanych i dać im jeszcze te kilka dni,
które prawdopodobnie wypełni krew i przemoc.
Zdecydowałam,
że ograniczę działanie trucizny. Do tej pory nie sądziłam nawet, że jestem wystarczająco
potężna, żeby to zrobić. Dałam im kilka dodatkowych dni, które mieli spędzić w
otumanieniu i majakach. Czułam, że nikt inny nie poznał nieubłaganego losu,
czekającego Solis i Clarit.
Ten
wysiłek omal nie przekroczył jednak moich możliwości. Zemdlałam, a kiedy się
obudziłam, byłam już tutaj. Zamknięta w ciasnej celi, brudna i sponiewierana,
bez żadnych wiadomości o matce. Everahn’Ar stała przede mną, trzymając dłonie
na podłużnych prętach krat, ubrana w kolczugę i ze splecionymi włosami. Dopiero
teraz dostrzegłam w jej oczach niechęć i zrozumiałam, że nigdy nie była moją
przyjaciółką. Z bliżej nieznanych przyczyn od zawsze mnie nienawidziła.
Prawdopodobnie do udziału w rewolucji popchnęła ją zazdrość o moją
uprzywilejowaną pozycję. Pomyśleć, że kiedyś tak bardzo ją szanowałam i
ceniłam… Marzyłam nawet, że pewnego dnia stanie się dla mnie kimś więcej.
–
Powinnaś była umrzeć. Tak byłoby dla ciebie lepiej – powiedziała szorstko na
widok moich otwartych oczu.
Początkowo
nie chciałam się nawet do niej odzywać, ale pokusa wytknięcia jej błędu była
silniejsza.
–
A ty powinnaś była wiedzieć, że wody Argentum nigdy nie zabiją nikogo z rodu
‘Il.
Prychnęła,
odwracając się, i ruszyła żwawym krokiem do drzwi.
–
Czekaj! – krzyknęłam za nią. – Co z moją matką?
Nie
zatrzymała się nawet.
To
był mój ostatni kontakt ze światem zewnętrznym. Chcąc się dowiedzieć, co dzieje
się na zewnątrz, sięgałam do wizji, wciąż jeszcze buszujących w mojej głowie
niczym małpy w dżungli.
Moja
matka została najprawdopodobniej stracona. Reszta świata pogrążyła się w walkach;
ocaleni przeze mnie stawiają opór rebeliantom. Zza maleńkiego okienka w murze
dobiega smród wojny; krew mieszająca się z brudem, bagno i proch, strach, a tuż
za nim coś o wiele gorszego: zapach rozumnych istot zmieniających się w
bestie.
Tak
zastanie nas koniec. Tak będzie wyglądał mój świat, kiedy zgasną ostatnie
światła. Sny i wizje się skończyły; wszyscy musimy wyjść naprzeciw końcowi tacy,
jakimi jesteśmy, bez żadnego wsparcia, bez warstwy tłumiącej.
Zawiodłam
się na wszystkim, co otaczało mnie w tym świecie. Przenicowano moje wartości,
odarto mnie ze złudzeń i zapewniono, że nie ułożymy już tego, co kiedyś zostało
zepsute. Dlatego patrzę teraz na Solis i Clarit z wdzięcznością. Może to jest
właśnie sposób Equilibry na danie światu nowej szansy? Być może w cieniu błędów
dawnego powstanie nowy, tak samo jak kiedyś Sentemporium, ale ten kolejny
będzie pozbawiony nierówności, pychy, agresji i wszystkiego, co doprowadziło
nas do tego etapu? Taka jest moja nadzieja. Taką szansę dostrzegłam w srebrnej
wodzie. I z tą myślą położę się zaraz spać na twardym, wąskim posłaniu,
niepewna, czy jutro przywita mnie nowy dzień.

