poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Wizyta


- Nieźle się tu urządziłeś – rzucił cierpko Stefan. Ombar nie był do końca pewien, co było źródłem ich wzajemnej niechęci. Kiedyś wszyscy spodziewali się, że się zaprzyjaźnią. Obaj pochodzili z rodzin o niesamowitych umiejętnościach, dzięki którym na przestrzeni wieków nie zaniechano wykorzystywania energii. Może właśnie w tym tkwił problem? Poza tym, Stefan zawsze wiedział, że Ombar jest zdolniejszy, z kolei ten drugi zawsze był świadom, że ten pierwszy jest bardziej lubiany i wzbudza większe zaufanie. Wpływała na to choćby ich fizjonomia. Ombar był wysoki, miał raczej pociągłą, bladą twarz i ciemne włosy. Wydawał się mroczny i, choć nie można było odmówić mu urody i uroku osobistego, członkowie ich społeczności zazwyczaj w pierwszej kolejności zwracali się do Stefana o ujmującym uśmiechu, kwadratowej szczęce i jasnobrązowych włosach. Nawet teraz, po wojnie, woleli zrzucić winę na Ombara niż przyznać, że Stefan też się do niej przyczynił.
- Nie powinieneś być teraz w Japonii? Nadzorować prac nad własną Akademią?
Brązowowłosy mężczyzna machnął ręką, jakby odpędzając tę myśl.
- Ktoś inny to za mnie robi. Ja mam ważniejsze zajęcia – stwierdził, odrywając wzrok od nowoczesnego budynku. Ombar musiał przyznać, że sam był z niego dumny. Styl trochę wyprzedzał epokę. Ale za bardzo lubił łączyć drewno ze szkłem i kamieniem, żeby się tym przejmować.
Podzielił teren na cztery przestrzenie. Jedna, z przodu, została przeznaczona na średniej wielkości piętrowy budynek o dużych oknach, w którym miał zamiar ulokować główne pomieszczenia. Sale lekcyjne, swój gabinet, bibliotekę, siłownię. Z tyłu mieściło się coś pomiędzy dziedzińcem a ogrodem, przez który kamienna ścieżka prowadziła do mniejszego budynku, z wydzielonymi sypialniami dla przyszłych uczniów. Obok części mieszkalnej był prawdziwy ogród pełen nietypowych roślin, a miedzy drzewami kryło się niewielkie jezioro. Oczywiście wszystko wymagało jeszcze wykończenia i umeblowania. Oczami wyobraźni Ombar widział już lampki oświetlające wieczorem dziedziniec i rozstawione na nim manekiny ćwiczebne, sale z poustawianymi na półkach rzadkimi kryształami, rzeźbami i roślinami. Słyszał już śmiech i rozmowy na korytarzach… Może to nie będzie najgorsza przygoda jego życia? Gdyby tylko udało mu się już pozbyć węszącego Stefana, który właśnie wbijał w niego spojrzenie dziwnie przejrzystych, niebieskich oczu.
- Ja jestem jednym z tych zajęć? – zapytał z niesmakiem.
- Żebyś wiedział – mruknął niechciany gość, odwracając się, żeby kolejny raz przemierzyć teren sprężystym krokiem.
Najwyraźniej Trybun miał wątpliwości względem Ombara. Przymrużył niechętnie oczy na tę myśl. Walczył po ich stronie, wymyślił jak rozwiązać ich problem, ale wciąż mu nie ufają. Zresztą, mógł się tego spodziewać po tym, jak nie wybrali go na swojego przywódcę.
- Nie robię tu nic podejrzanego – warknął, nie siląc się na uprzejmość. – Możesz jechać dalej, skontrolować innego mistrza.
Stefan uśmiechnął się pod nosem i wyjął z kieszeni papierosy.
- Palisz? – zapytał, wyciągając paczkę w stronę Ombara, który momentalnie pokręcił głową ze zdegustowaniem.
Stali chwilę w milczeniu, jakby delektując się narastającym napięciem.
- A więc masz już skompletowany skład? – spytał w końcu wizytator.
Ombar pokiwał głową, przyglądając mu się spod ściągniętych brwi.
- Przyjadą za tydzień.
Stefan jeszcze raz zmierzył go spojrzeniem. Gospodarz splótł ramiona na piersi, oddzielając się jeszcze tym gestem.
- Po prostu nie kombinuj za bardzo.
- To ostrzeżenie?
- Nie, to rada. Jeśli jesteś inteligentny na tyle, na ile wszyscy uważają, to jej posłuchasz.
Brązowowłosy odwrócił się tyłem, ku zniesmaczeniu Ombara rozdeptał na ścieżce niedopałek i odszedł równym krokiem, powoli znikając w szarościach zmierzchu.
***CDN***


środa, 15 sierpnia 2018

Początek

Był przyjemny, letni wieczór. Motyle goniły się wśród kwiatów, a ptaki śpiewały, raz po raz przelatując z jednej gałęzi na drugą. Choć pozornie zielona przestrzeń była najspokojniejszym miejscem na Ziemi, po dokładniejszych oględzinach każdy jej skrawek tętnił życiem.
Ciemnowłosy mężczyzna siedział w trawie, oparty o pień drzewa i podziwiał krajobraz, żując długie źdźbło trawy. Jak to możliwe, że właśnie udało mu się kupić ten teren? Oczywiście znał odpowiedź na to pytanie, ale mimo wszystko, wciąż wydawało mu się to nierzeczywiste. Magia. Ludzie tyle o niej mówią; niektórzy się jej boją, są tacy, którzy w nią nie wierzą, a jeszcze inni stają się prawie że jej wyznawcami. Stworzono tyle mitów, legend i podań na jej temat. A jednak wciąż nie zdarzyło mu się spotkać osoby nieobdarzonej, która nie dałaby się magicznie oszukać.
Właściciel wcale nie planował sprzedać tej ziemi. Tak się jednak złożyło, że jego rozmówca, jeszcze dość młody, przystojny mężczyzna o dziwnym nazwisku Ombar, posiadał niesamowitą zdolność perswazji. I w ten oto sposób, skonfundowany monsieur Durand siedział w swoim mieszkaniu z aktem sprzedaży w jednej dłoni i tlącym się jeszcze papierosem w drugiej, zupełnie nieświadomy tego, że trzy dni temu planował zbudować tam restaurację albo domki letniskowe. Trzeba jednak oddać Ombarowi, że sowicie wynagrodził poczciwego sprzedawcę. W końcu czemu nie? Przy jego zdolnościach dopisanie sobie kilku zer na koncie w banku było jeszcze prostsze niż namieszanie komuś w głowie.
Dużo trudniejsze zadania czekały go teraz. I to w dodatku w miejscu, w którym nigdy nie zamierzał się znaleźć. Było tu bardzo ładnie, nie dało się zaprzeczyć. Ale jakoś nigdy nie chciał mieszkać we Francji. Jego rodzina pochodziła z Wielkiej Brytanii i to tam najbardziej lubił przebywać. Francja wydawała mu się zawsze zbyt wymuskana i skupiona na rzeczach trywialnych. Ale otworzenie Akademii Cieni w Anglii przypadło w udziale komuś innemu, na co zresztą sam ochoczo przystał, mając nadzieję, że choć trochę zmaże swoje winy w stosunku do tej osoby.
Więc teraz siedział tutaj, żując źdźbło trawy, czego nie robił od dzieciństwa, i zastanawiając się nad tym co było i co będzie. Dopiero co skończyły się walki, ale wiedział, że wojna nie minie tak szybko i łatwo. W świecie obdarzonych nic nie jest tak proste. Dlatego musiał znaleźć uzdolnioną młodzież i sprowadzić ją tutaj, do budynku, który stanie na właśnie zakupionym terenie. A kiedy już się mu się uda, musi nauczyć ich czym jest magia i jak ją wykorzystać. Tylko czy na pewno akurat on był w stanie to zrobić? Jego rodzina dopiero co rozpadła się na drobne kawałki i nie dało się ukryć, że sam mocno się do tego przyczynił. Ponadto walka, której podjął się wcześniej w imieniu wyższego dobra, teraz wydawała mu się głupotą…
Ale nie miał wyboru. Jeśli zrobiło się pierwszy krok, należy postawić też drugi. Namierzył już parę osób gotowych mu pomóc, a z biegiem czasu pojawi się ich więcej. Teraz trzeba tylko było zatrudnić odpowiednią ekipę budowlaną, ponieważ wyczarowanie całego budynku razem z wyposażeniem byłoby zbyt wielkim wydatkiem energii jak na jedną osobę. A kiedy lekko przyspieszy ich prace wyruszy na łowy.
Wstał, wygładzając ubranie. Wypluł przeżute źdźbło w bliżej nieokreślonym kierunku. Koniec odpoczynku. Nie może stracić więcej czasu. Gdzieś tam czekają młodzi, utalentowani ludzie, a on jest tu, żeby uświadomić im, że ich życie może stać się zupełnie inne, niż sobie to do tej pory wyobrażali.
***CDN***

Opowiadania z Akademii Cieni

Krótkie wprowadzenie:

Akademia Cieni to miejsce z powieści Nienasyceni. A dokładniej miejsca, ponieważ na całym świecie jest ich kilka. Są to specyficzne szkoły, w których młodzi ludzie z całego świata, posiadający  szczególne zdolności (magiczne, ale też inne), rozwijają się fizycznie i psychicznie, aby pewnego dnia podjąć próbę Tunelu. 
Na szczególną prośbę pewnej czytelniczki, która narzekała na niewystarczającą ilość fragmentów poświęconych Akademii i jej uczniom, postanowiłam napisać kilka oddzielnych opowiadań, rozwijających ten wątek i udostępnić je szerszemu gronu. Obiecuję też w miarę możliwości dodać ilustracje.