-
Nieźle się tu urządziłeś – rzucił cierpko Stefan. Ombar nie był do końca pewien,
co było źródłem ich wzajemnej niechęci. Kiedyś wszyscy spodziewali się, że się
zaprzyjaźnią. Obaj pochodzili z rodzin o niesamowitych umiejętnościach, dzięki
którym na przestrzeni wieków nie zaniechano wykorzystywania energii. Może
właśnie w tym tkwił problem? Poza tym, Stefan zawsze wiedział, że Ombar jest
zdolniejszy, z kolei ten drugi zawsze był świadom, że ten pierwszy jest
bardziej lubiany i wzbudza większe zaufanie. Wpływała na to choćby ich
fizjonomia. Ombar był wysoki, miał raczej pociągłą, bladą twarz i ciemne włosy.
Wydawał się mroczny i, choć nie można było odmówić mu urody i uroku osobistego,
członkowie ich społeczności zazwyczaj w pierwszej kolejności zwracali się do Stefana
o ujmującym uśmiechu, kwadratowej szczęce i jasnobrązowych włosach. Nawet
teraz, po wojnie, woleli zrzucić winę na Ombara niż przyznać, że Stefan też się
do niej przyczynił.
-
Nie powinieneś być teraz w Japonii? Nadzorować prac nad własną Akademią?
Brązowowłosy
mężczyzna machnął ręką, jakby odpędzając tę myśl.
-
Ktoś inny to za mnie robi. Ja mam ważniejsze zajęcia – stwierdził, odrywając
wzrok od nowoczesnego budynku. Ombar musiał przyznać, że sam był z niego dumny.
Styl trochę wyprzedzał epokę. Ale za bardzo lubił łączyć drewno ze szkłem i
kamieniem, żeby się tym przejmować.
Podzielił
teren na cztery przestrzenie. Jedna, z przodu, została przeznaczona na średniej
wielkości piętrowy budynek o dużych oknach, w którym miał zamiar ulokować
główne pomieszczenia. Sale lekcyjne, swój gabinet, bibliotekę, siłownię. Z tyłu
mieściło się coś pomiędzy dziedzińcem a ogrodem, przez który kamienna ścieżka prowadziła
do mniejszego budynku, z wydzielonymi sypialniami dla przyszłych uczniów. Obok
części mieszkalnej był prawdziwy ogród pełen nietypowych roślin, a miedzy
drzewami kryło się niewielkie jezioro. Oczywiście wszystko wymagało jeszcze
wykończenia i umeblowania. Oczami wyobraźni Ombar widział już lampki
oświetlające wieczorem dziedziniec i rozstawione na nim manekiny ćwiczebne,
sale z poustawianymi na półkach rzadkimi kryształami, rzeźbami i roślinami.
Słyszał już śmiech i rozmowy na korytarzach… Może to nie będzie najgorsza
przygoda jego życia? Gdyby tylko udało mu się już pozbyć węszącego Stefana,
który właśnie wbijał w niego spojrzenie dziwnie przejrzystych, niebieskich oczu.
-
Ja jestem jednym z tych zajęć? – zapytał z niesmakiem.
-
Żebyś wiedział – mruknął niechciany gość, odwracając się, żeby kolejny raz
przemierzyć teren sprężystym krokiem.
Najwyraźniej
Trybun miał wątpliwości względem Ombara. Przymrużył niechętnie oczy na tę myśl.
Walczył po ich stronie, wymyślił jak rozwiązać ich problem, ale wciąż mu nie
ufają. Zresztą, mógł się tego spodziewać po tym, jak nie wybrali go na swojego
przywódcę.
-
Nie robię tu nic podejrzanego – warknął, nie siląc się na uprzejmość. – Możesz jechać
dalej, skontrolować innego mistrza.
Stefan
uśmiechnął się pod nosem i wyjął z kieszeni papierosy.
-
Palisz? – zapytał, wyciągając paczkę w stronę Ombara, który momentalnie
pokręcił głową ze zdegustowaniem.
Stali
chwilę w milczeniu, jakby delektując się narastającym napięciem.
-
A więc masz już skompletowany skład? – spytał w końcu wizytator.
Ombar
pokiwał głową, przyglądając mu się spod ściągniętych brwi.
-
Przyjadą za tydzień.
Stefan
jeszcze raz zmierzył go spojrzeniem. Gospodarz splótł ramiona na piersi, oddzielając
się jeszcze tym gestem.
-
Po prostu nie kombinuj za bardzo.
-
To ostrzeżenie?
-
Nie, to rada. Jeśli jesteś inteligentny na tyle, na ile wszyscy uważają, to jej
posłuchasz.
Brązowowłosy
odwrócił się tyłem, ku zniesmaczeniu Ombara rozdeptał na ścieżce niedopałek i
odszedł równym krokiem, powoli znikając w szarościach zmierzchu.
***CDN***