wtorek, 16 października 2018

Nefris


W niewielkim miasteczku, w którym zazwyczaj nic nie działo się po godzinie szóstej wieczorem, dwoje ludzi siedziało w kącie zaniedbanego baru, rozmawiając przyciszonymi głosami. Pozostali goście byli stałymi bywalcami, a ponadto wieloletnimi mieszkańcami, zrośniętymi z miejscowością niczym huba z drzewem, na którym pasożytuje. Dwójka obcych, w dodatku gawędzących w nieznanym języku, wyraźnie nie przypadła im do gustu. Co prawda mężczyzna pojawił się tu już kilka razy, ale nie dość, że było w nim coś niepokojącego, specjalnie drażnił innych i zyskał sobie reputację mąciwody. A towarzysząca mu dzisiaj kobieta była co najmniej dziwna. Okryła się długim, beżowym płaszczem z puchowym kapturem, który przywodził na myśl Eskimosów, podobnie jak długie, wciągane buty z ociepleniem. Rzeczywiście ostatnio zrobiło się chłodniej, ale bez przesady, w końcu nie znajdowali się na żadnym z owianych mrozem biegunów. Jakby tego było jeszcze mało, kobieta podkreśliła oczy grubymi, czarnymi kreskami z zawijasami, co w połączeniu z kruczoczarnymi włosami nadawało jej wygląd Egipcjanki.
- Myślałem, że nie żyjesz – stwierdził Ombar, ignorując rzucane im coraz częściej wrogie spojrzenia.
- Przez chwilę też tak myślałam – odpowiedziała nonszalancko, nachylając się trochę w jego stronę. – Will… Potrzebuję pomocy. Emilia powiedziała, że mam się zwrócić do ciebie.
- Mogłem się tego domyślić.
Odchylił się do tyłu, wbijając wzrok w sufit. To nie był dobry moment na podejmowanie ryzyka. Teoretycznie wkupił się w łaski Trybunu i zajął jedną z najwyższych pozycji, ale z drugiej strony wciąż pozostawał pod obserwacją, o czym świadczyła choćby wizyta Stefana. Pozostawała też jednak inna kwestia. Emilia nie bez powodu przysłała ją akurat tutaj. Wiedziała, że Ombar nie zignoruje jej prośby… Czy może polecenia.
- Iris, wiesz, że wszystko się zmieniło…
- Cicho! Oni mają szpiegów wszędzie. Poszłam za twoim przykładem i zmieniłam imię, chociaż nie rozumiem, czemu ty tak naprawdę to zrobiłeś.
- Dlatego używasz starego?
Nigdy nie przepadał za Iris. Emilia się z nią przyjaźniła, ale on unikał jej towarzystwa. Jej matka była archeolożką i często wyjeżdżała, zostawiając ją pod opieką jego rodziców. Dziewczyna była z jednej strony surowa i wymagająca zarówno wobec siebie jak i innych, ale też szalona; ubierała się na wzór dokumentacji zbieranych przez matkę, czerpiąc z nich także inne życiowe inspiracje. Cały swój pokój urządziła na modłę zwyczajów starożytnego Egiptu, łącznie z zastąpieniem łóżka plecioną matą. Twierdziła też, że nie warto studiować współczesnych osiągnięć nauki i ograniczała się do wiedzy starożytnych kultur.
Kiedy w ich społeczeństwie wybuchły zamieszki, Iris zniknęła na samym początku i Ombar był przekonany, że stała się jedną pierwszych ofiar wojny. Najwyraźniej jej matce udało się jakoś wydostać i ukryć córkę.
- Słuchaj, musimy podejść do tego poważnie. Żadnych plecionych mat i waz. Żadnych udziwnień. Będziesz twierdziła, że nie miałaś pojęcia o naszym świecie, o przekształcaniu energii i walce z jej wytworami, dopóki cię nie znalazłem i nie wyszkoliłem. Nauczysz się tego, co przekazujemy w akademiach i zapomnisz, że kiedykolwiek wiedziałaś coś więcej.
Iris wpatrywała się w niego spokojnie, kiwając głową.
- Czy nie jestem za stara na uczennicę?
- Jesteś.
Westchnął głęboko. To będzie najtrudniejsza część.
- Trzeba będzie im wmówić, że urodziłaś się w zwykłej rodzinie i całe życie nie odkryłaś swoich zdolności. A teraz odbyłaś osobne treningi i zostaniesz drugim nauczycielem w mojej Akademii Cieni.
Kobieta wciąż wpatrywała się w niego, nie okazując żadnych emocji.
- Myślisz, że to się uda?
- Nie wiem – stwierdził bez przekonania. – Zobaczymy. To jak ma ciebie teraz nazywać?
- Wybrałam świetne imię! Na pewno ci się spodoba. Nefretete.
Ombar wybałuszył oczy.
- Rzeczywiście, bardzo nie rzucające się w oczy. Miało być normalnie!
Iris uniosła ręce w geście kapitulacji.
- Mogę to zdrobnić do Nefris, ale pozwól mi zostać przy nim. Straciłam wszystko…
- Dobrze, już dobrze. – Ombar nie lubił jęczenia, więc wolał to przerwać w tym miejscu.
Barman rzucił im kolejne, niechętne spojrzenie zza stojącego naprzeciwko baru.
- Chodźmy stąd.
Młody mężczyzna złapał swoją towarzyszkę za łokieć i pociągnął za sobą do wyjścia. Kilka głów obróciło się za nimi, prychając. Oboje wiedzieli, że lepiej nie wracać już w to miejsce.
Kiedy dojechali pod drzwi Akademii Cieni, kobieta zatrzymała na chwilę Ombara.
- Dziękuję – powiedziała cicho, uśmiechając się, a w jej oczach naprawdę widniała wdzięczność.
Skinął tylko niemrawo głową, chcąc jak najszybciej zaprowadzić ją do środka.
- Czekaj! – zawołała nagle Nefris, zatrzymując go wpół kroku. Odwrócił się do niej niechętnie.
- Coś się stało?
- Ten chłopak… - Pokazywała palcem na szklarnię, w której Quinn właśnie podlewał rośliny. – On…
Nagle odwróciła się gwałtownie i weszła do środka.
- Tylko coś mi się wydawało – rzuciła przez ramię, znikając w pomieszczeniu.
Ombar wzruszył ramionami. Ona zawsze była dziwna. Spojrzał jeszcze raz na szklarnię. Chłopak na szczęście nie zdążył ich dostrzec. Mistrz nie wiedział, że kiedy tylko zamknął za sobą drzwi, chłopak stanął wyprostowany nad roślinką, którą jeszcze przed chwilą dokładnie oglądał, wbijając zagadkowe spojrzenie w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą mignęła mu Nefris.
***CDN***

niedziela, 14 października 2018

Melancholia


Ombar był zmęczony. Nie potrafił wyznaczać granic, więc młodzież robiła pod jego nosem co chciała. Dotychczas nie miał zbyt wiele do czynienia z nastolatkami, więc trudno było się dziwić, że sytuacja rozwinęła się tak, a nie inaczej. W zasadzie nie było nawet tak źle, ich wybryki nie przekroczyły jeszcze niewidzialnej granicy tego co dopuszczalne. Oczywiście organizowali imprezy, na które przemycali alkohol i nie pracowali tak ciężko, jakby tego od nich wymagać. Kiedy spadł pierwszy śnieg, ktoś ulepił tuż za oknem bałwana pokazującego obsceniczny gest. Mistrz nie zauważył go wchodząc do sali i dopiero w połowie zajęć zorientował się co jest źródłem niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Bałwan był zresztą na tyle pomysłowy i dobrze wykonany, że chętnie utrwaliłby go magicznie i przeniósł do budynku jako rzeźbę, gdyby nie to, jak fatalne skutki wychowawcze mogłoby to za sobą nieść.
Tym, co najbardziej przeszkadzało mu w młodzieńczych żartach i wyskokach, mających miejsce w akademii, było nieuchronne uświadomienie sobie, że nie jest i nigdy nie będzie ich częścią. Między nim, a jego uczniami stała niepokonana bariera, która już nigdy nie zniknie. Tak też powinno być. Ale to uświadamiało Ombarowi, jak bardzo doskwiera mu samotność i nuda.
Jego dni stały się monotonne. Budził się rano, ubierał, jadł śniadanie, prowadził zajęcia, na których cały czas musiał pilnować się, żeby nie powiedzieć za dużo, w przerwie zjadał lunch, wieczorem kolację i szedł spać. Automatycznie wykonywał też codzienne ćwiczenia fizyczne, które pozwalały mu utrzymać formę, pisał raporty na temat postępów w pracy, a wieczorami przewracał stronice książek, które dokupował w pobliskim mieście w weekendy, bo swój własny zbiór znał już na pamięć. Czasem jechał tam też wieczorem, żeby posiedzieć w jednym z zadymionych barów i podyskutować o czymś równie pasjonującym jak tegoroczne rozgrywki sportowe czy polityka. Potrafił spędzić w ten sposób godziny. Popijając raz na jakiś czas bliżej nieokreślony trunek, który podawał mu barman o podejrzanym wyglądzie, podsycał konwersacyjny zapał spotykanych towarzyszy, rzucając bezsensowne uwagi, wyważone na tyle, żeby lekko zirytować odbiorców. Potem z zafascynowaniem obserwował ich fizjonomię. Stał się wręcz kolekcjonerem zbulwersowanych twarzy o ściągniętych brwiach i zwężonych źrenicach, zaciśniętych ust, z dobiegającymi zza nich zagadkowymi pomrukami, rozdętych nozdrzy i pofukiwań. Cała reszta też była ciekawa: drgające pięty i kolana, gwałtowne ruchy rąk czy bębnienie palcami w blat. Człowiek nawet nie spodziewa się jakie rytmy jest w stanie wystukać swoimi palcami.
Kiedy wreszcie Ombar czuł, że obserwacje tego typu go znużyły, wracał, ale w drodze powrotnej orientował się, że tak naprawdę wciąż nie jest usatysfakcjonowany, bo tym, czego tak naprawdę szukał nie była chwilowa przyjemność z zakłócenia monotonii cudzego wieczoru. Nawet jeżeli nie całkiem świadomie, wciąż szukał towarzystwa, które pozwoli mu się wyrwać z wszechogarniającego marazmu. W końcu nie mógł z byle kim rozmawiać o energii, wynaturzeniach i ponadnaturalnych mocach.  A jeśli nie mógł komuś opowiedzieć o tym, to o czym mógł? O sprawach takich jak sport i polityka… I tak powstawało błędne koło. A kiedy natykał się na Marie, Michela i Nicolasa obrzucających się śnieżkami, albo słyszał głośną muzykę, dobiegającą z pokoju Lizzy, odczuwał głęboki smutek, dochodząc do wniosku, że dla niego czasy dobrej zabawy minęły, pozostawiając za sobą jedynie niewyraźną nić wspomnień.
Pewnego wieczoru nie wiedział już sam, czy walczy z nudą, czy z przygnębieniem. Pojechał do miasta, ale nie wstąpił nawet do księgarni, jak to miał w zwyczaju. Poszedł od razu do jednego z mniej przyjaznych barów i zaszył się w kącie, tym razem nie nawiązując z nikim kontaktu. Wbił wzrok w dno szklanki, gdzie nieliczne refleksy świetlne tańczyły na rozpływających się krawędziach kostek lodu. Muzyka szumiała mu w uszach. To nie był jego klimat; puszczano tu jakiś rodzaj niezależnego rocka, który dla niego był w ogóle niecharakterystyczny. Dopił resztę rozwodnionej cieczy, którą nazywano tu drinkiem i już miał wyjść, kiedy ni stąd ni zowąd ktoś się do niego dosiadł.
Podniósł wzrok i zmarszczył brwi. Siedziała przed nim kobieta na oko w jego wieku. Miała ostre rysy i proste, czarne włosy, sięgające podbródka. Jej brązowe oczy wpatrywały się w niego wnikliwie, tak, jakby go znała. Potwierdziły to jej słowa.
- Wyglądasz okropnie – stwierdziła suchym głosem, nieznacznie unosząc kąciki ust.
Ombar przez chwilę czuł się, jakby jego serce zwolniło. To nie mogła być prawda. Wraz z szokiem poczuł jednak ulgę. Nareszcie działo się coś ciekawego.
***CDN***

środa, 19 września 2018

Cienie przeszłości


W mroku nieoświetlonej jadalni czaiła się niespokojna postać. Joanne siedziała przy mahoniowym stole, z całej siły zaciskając dłonie. Ich mistrz uważał ją za coś w rodzaju mistrzyni zen, której nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Gdyby wiedział, jak bardzo się mylił. Owszem, Joanne potrafiła odsuwać od siebie troski lepiej niż ktokolwiek. Odpychała je daleko, chowała w ciemnym kącie, aż w pewnym momencie sama była już prawie pewna, że nigdy nie istniały. Wtedy osiągała formę o jakiej kiedyś nawet nie śniła. Ale bywały dni takie jak dzisiaj. Dni, kiedy cienie wypełzały z ukrycia, przesłaniając jej widok na świat. Choć usilnie z nimi walczyła, pochłaniały ją. Zazwyczaj radziła sobie z tym po dłuższym czasie, ale tego dnia było gorzej. Może to przez opowieść Ombara. Może to przez świadomość, że pośród ich małej gromadki do głównie do niej i Herba kierował swoje słowa. W innych warunkach byłaby zaszczycona. W wyznaczonym momencie wkroczyłaby w ciemność, chroniąc świat przed wybuchem tego, na co nie był gotowy. Pokonałaby mroczne wytwory nadmiaru energii ze spokojem, nie zastanawiając się nad niczym, ale… Co jeśli to mrok pochłonie ją? Jeśli zrobi to tuż przed jej wejściem do Tunelu? Albo co gorsza w trakcie?
Za przeszkloną ścianą padał śnieg. Płatki wirowały w ciemności, migocząc na tle granatowo-czarnego nieba. Odbijał się w nich blask zapalonych na wyższym piętrze okien. Joanne podeszła z zawahaniem do drzwi i wyszła na zewnątrz. Jej obawy były bezpodstawne – choć zima zbliżała się wielkimi krokami, nie było jeszcze mroźno. Błękitny wełniany szalik i gruby sweter stanowiły na razie wystarczającą barierę dla chłodu.
Usiadła z boku, na jednej z ławek nieopodal jeziora. Gdyby była w stanie zająć swoje myśli czym innym, mogłaby cieszyć się pięknem jesiennego wieczoru. Ich szkoła stała na odludziu, więc pomiędzy przemykającymi przez niebo chmurami spokojnie dało się dostrzec połyskujące gwiazdy. Ale ich urok był niczym w porównaniu do rojących się w głowie dziewczyny myśli.
Nagle usłyszała za sobą jakiś szelest. Obróciła się szybko.
- Ach, to ty – westchnęła z ulgą.
Dosiadł się do niej Herb. Miał na sobie brązowy, dzianinowy sweter i ciepłą czapkę, ale usta i tak posiniały mu z zimna. Pewnie wybrał się na jeden ze swoich spacerów po lesie.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu chłopak wyjął z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Joanne spojrzała na niego spod uniesionych brwi, kiedy podał jej jednego.
- Ombar mówi, że to zakłóca…
- Ombar mówi różne rzeczy – przerwał jej Herb, wzruszając ramionami.
Dziewczyna wahała się jeszcze chwilę, ale w końcu złapała zaoferowanego papierosa. Zapaliła i momentalnie zaczęła się krztusić.
- To tylko tytoń, prawda? – zapytała z niepokojem, kiedy w końcu udało się jej złapać oddech. Chłopak uśmiechnął się tylko zagadkowo, nie rozjaśniając jej wątpliwości. Joanne już miała zgasić papierosa, ale nagle poczuła, że trzymające ją z swoich kleszczach cienie rozrzedzają się, zostawiając ją w spokoju. Herb jeszcze raz na nią spojrzał, tym razem ze szczerym, szerokim uśmiechem.
- Pomogło?
Kiedy zobaczył jak kiwa głową, jego uśmiech zrobił się jeszcze szerszy.
- Skąd wiedziałeś?
- Ombar dał mi książkę o magicznych ziołach… Wydaje mi się, że sam jej dokładnie nie czytał.
- Chodziło mi o mnie. Skąd wiedziałeś?
Herb grzebał chwilę patykiem w rozmokłej ziemi zanim jej odpowiedział. Podniósł wzrok i nagle Joanne dostrzegła, że jego błyszczące oczy są niezwykle przenikliwe, choć nigdy nie zwróciło to jej uwagi.
- Wszyscy miewamy cięższe momenty – stwierdził w końcu niefrasobliwie. Dziewczyna wyczuła, że kryje się za tym coś jeszcze. Postanowiła jednak nie naciskać. Jeśli chłopak nie chce jej powiedzieć, to i tak nie powie. Siedziała więc cicho, czekając, aż towarzysz zniknie, zwracając jej zakłócone odosobnienie. On jednak nie ruszał się z miejsca. Obserwował z zaciekawieniem jak Joanne coraz sprawniej wdycha i wydycha dym.
- Więc co sprowadziło cię do krainy wariatów wierzących w magię? – zapytał w końcu, zmęczony ciszą, która między dwójką przyjaciół mogłaby być chwilą wytchnienia, ale między dwojgiem ledwie znających się ludzi zmieniała się powoli w męczarnię.
- Magię? – powtórzyła za nim dziewczyna, krzywiąc się z niesmakiem. – Wcale nie wierzę w magię.
Zdziwiony wbił w nią wzrok, a jego usta rozchyliły się z zaskoczenia.
- W takim razie czym zajmujemy się na zajęciach z przekształcania energii? – zapytał powoli, jakby była opóźniona i nie rozumiała jego słów.
- Właśnie tym. Przekształcaniem energii – odpowiedziała sucho.
Nie chodziło o to, że nie była mu wdzięczna za pomoc. Nie należała jednak do wylewnych osób. Prowadzenie pogawędek nie było w jej guście. Nie pasowało jej też nadawanie pewnym czynnościom miana, na które nie zasługiwały. Kiedy zauważyła, że chłopak wciąż się w nią wpatruje, postanowiła wyjaśnić nieco sytuację.
- Magia brzmi, jakbyśmy robili coś nadprzyrodzonego.
- A tak nie jest?
- Nie. Cały wszechświat jest wytworem energii. Jako należące do niego istoty też jesteśmy jej wytworem. Umiejętność przekształcania energii to nie magia. To rzemieślnictwo. Kreowanie z nietypowego budulca.
Tylko jej poirytowanie sprawiło, że Herbowi nie chciało się z nią spierać. Wrócił więc do wcześniejszej kwestii.
- Nie odpowiedziałaś na wcześniejsze pytanie. Czemu postanowiłaś tu przyjechać?
Sama zdziwiła się, że zamiast przerwać prowadzącą donikąd rozmowę, po prostu odpowiedziała, nieznacznie się krzywiąc.
- Chciałam zrobić na złość rodzicom. Mieli mnie wysłać do prestiżowej szkoły.
- Przynajmniej się tobą przejmują – mruknął cicho chłopak, wbijając wzrok w ziemię. Joanne nie była nawet pewna, czy rzeczywiście to powiedział, czy może się przesłyszała.
- Też myślałaś na początku, że to jakaś sekta? – zapytał po chwili, dużo lżejszym tonem.
- Tak – odpowiedziała z uśmiechem. –Akademia Cieni? To nie brzmi poważnie. Pomyślałam, że kiedy okaże się, że to tylko przykrywka dla sekty, rodzice jeszcze bardziej się zdenerwują.
- Musisz mieć z nimi na pieńku.
Dziewczyna wzruszyła ramionami, ucinając temat.
- A ty, czemu tu jesteś?
- Moi rodzice sami mnie tu wysłali. Miałem kłopoty. Wysłanie mnie jak najdalej się da wydawało się najlepszym rozwiązaniem.
Joanne spojrzała na niego ze zdziwieniem. To prawda, że Herb był swego rodzaju lekkoduchem, ale był też zdolny i inteligentny.
- Nie pomyślałabym, że jesteś osobą z problemami – stwierdziła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
- Zaskakujące, prawda? – Uśmiechnął się, wstając. – Zabawne, to samo mógłbym powiedzieć o tobie.
Znikając w drzwiach budynku mieszczącego ich pokoje, poradził jej jeszcze, żeby nie siedziała długo, bo jutro czekają ich zajęcia z samego rana i życzył dobrej nocy.
Podnosząc się ze swojego miejsca i otulając wilgotnym od rozmokłych płatków śniegu swetrem, Joanne głęboko odetchnęła. Problemy, które jeszcze przed chwilą zapędzały ją w kozi róg, nagle wydały się jej błahe. W jednym momencie zrozumiała, że być może wcale nie są przeszkodą na drodze do równowagi. Starczyło je oswoić i zaakceptować, a mogły się stać jej podstawą.
***CDN***

wtorek, 4 września 2018

Pierwsi uczniowie


Pierwszym dźwiękiem jaki zagościł w Akademii Cieni po przybyciu nowych mieszkańców był nie śmiech, czy nawet gwar rozmów, ale niesamowicie irytujący warkot walizkowych kółek, ocierających się o kamienną ścieżkę. Niektórych uczniów przywieźli rodzice, mając nadzieję, że uda im się przy okazji porozmawiać z mistrzem. Ombar musiał użyć całego swojego sprytu, żeby wymigać się od tych nudnych pogawędek. Wystarczająco zmęczył go już proces przekonywania tych ludzi do wysłania dzieci do jego szkoły. Na jego szczęście słowa „ukryty talent” i „stypendium” zawsze wzbudzały w rodzicach wielki entuzjazm. Opiekunowie nie byli jednak jedyną komplikacją na drodze do otworzenia Akademii Cieni. Sporo czasu zajęło Ombarowi samo zlokalizowanie nadającej się młodzieży. Jeździł tu i tam, wysłuchując wszystkich plotek i starając się namierzyć kogoś godnego uwagi. Młode, nieszkolone osoby przejawiały zazwyczaj wyraźne symptomy. Nadmiar kotłującej się w nich energii mógł wywołać napady agresji. Czasem też poczucie niezrozumienia i potrzebę odizolowania się od reszty rówieśników. W małych miasteczkach krążyły historie na temat tych osób. Gorzej było z większymi miastami – tam prawie każdy wydawał się potencjalnym kandydatem i dopiero po obserwacji dało się stwierdzić, czy jest nim rzeczywiście, czy też nie.
W końcu jednak znalazł odpowiednią dziesiątkę. Nie była to powalająca liczba, ale na razie starczyła. I tak musiał ich szkolić sam. Po wojnie zostało ich niewielu. Nikt nie mógł mu pomóc – każdy miał swoją akademię. Może z tej dziesiątki wyrosną przyszli mistrzowie? A może wśród kolejnych uczniów znajdą się późniejsi nauczyciele? Obcowanie z energią, czy też jak kto woli – czarowanie, na wiele sposobów wpływało na życie człowieka. Przede wszystkim wydłużało je. Ombar mógł przez wiele kolejnych lat obserwować dorastającą młodzież i włączać ją w ich szeregi, jeśli to tylko będzie konieczne. W którymś momencie nikt nie dostrzeże między nimi różnicy wieku.
Już po kilku dniach dostrzegł, że wśród przybyłych jest kilka wyjątkowych osób. Przed wszystkim Joanne. Spokojna, niewysoka dziewczyna o jasnych włosach, kryła w sobie wyjątkową siłę. Jej największym atutem była niesamowita umiejętność osiągania równowagi duchowej. Kiedy inni denerwowali się, unosili gniewem, albo popełniali błędy ze stresu, Joanne przymykała tylko wodniste oczy i w ciągu kilku sekund odpychała od siebie wszystko, co mogło ją zdekoncentrować. Pozwalało jej to na osiągnięcie niezwykłej precyzji, która przyczyniała się do szybkich postępów w nauce.
Równie zdolny był Herb, ale jego talent przejawiał się w zgoła kontrastowy sposób. Joanne czerpała swoją siłę z porządku, Herb – z chaosu. Wiecznie nieuporządkowany, ze skłonnością do podejrzanych ziół i dziwnym zamiłowaniem do tańca, nie był może tak precyzyjny jak jego rówieśniczka. Przewagę dawała mu jednak szybkość i zwinność. Wieczne zrelaksowanie pomagało mu też uniknąć ulegania lękom, a chaotyczność zapewniała nieprzewidywalność.
Podczas ćwiczenia sztuk walki, kiedy tylko uczniowie osiągnęli wystarczający poziom, Ombar lubił łączyć tę dwójkę w parę. Zapewniało to nie tylko spektakularny widok, ale też inspirację dla pozostałych. Szczególnie dla niesamowicie upartej Adelaide, której wieczną ambicją było dorównanie tej dwójce. Była od nich rok młodsza, ale wieku dodawały jej zapadnięte, ciemne oczy i usta, które pozostawały tak zacięte, że mistrz wątpił, czy kiedykolwiek widział wcześniej takie zdeterminowanie.
Pozostali uczniowie też byli niczego sobie. Quinn, chłopak o indiańskim pochodzeniu, w krótkim czasie nauczył się rozróżniać wszystkie magiczne rośliny. Została mu powierzona opieka nad ogrodem. Ruda Lizzy i złotowłosy Klaudius , choć nieco leniwi, całkiem nieźle radzili sobie z wykorzystywaniem energii. Prawdopodobnie szłoby im to jeszcze lepiej, gdyby poświęcali temu czas, zamiast spędzać całe dnie nad jeziorem, myśląc, że Ombar nie wie, gdzie są. Kilka razy udzielił im nagany, za nie pojawianie się na zajęciach. Później stwierdził jednak, że rola rygorystycznego nauczyciela nie jest dla niego. Jeśli im nie zależało, to czemu jemu miało zależeć? Najbardziej żal było mu bardzo zdolnej, najmłodszej z uczennic – Loli, która często dołączała do wagarowiczów. Gdyby tego nie robiła, może wykazałaby umiejętności na miarę Herba i Joanne.
Była jeszcze Marie, która nie znała angielskiego, co wszystkim utrudniało komunikację. Wykazywała też wyjątkową odporność na jakiekolwiek próby przyswojenia języków obcych. Michel, który, choć w nieco lepszej sytuacji językowej, wyjątkowo nie chciał posługiwać się innym językiem niż francuski. Podobnie jego młodszy brat Nicolas. Teoretycznie Ombar mógłby to zrozumieć – w końcu znajdowali się na terytorium Francji. Jednak z drugiej strony, nie w każdym kraju stanęła Akademia Cieni i trzeba było to akceptować. Od początku też założyli, że równo podzielą się uczniami. Tam gdzie było ich więcej, parę osób odsyłano do innego kraju.
Teraz przed Ombarem stało kolejne zadanie. Musiał powiadomić swoich uczniów o próbie Tunelu, której docelowo mieli zostać poddani. W końcu taki był cel stworzenia tej szkoły i zgromadzenia ich w niej. Tylko w jaki sposób przedstawić to im, żeby wejście do jaskini pełnej czarów, z której mogą nigdy nie wyjść, zabrzmiało zachęcająco?
***CDN***

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Wizyta


- Nieźle się tu urządziłeś – rzucił cierpko Stefan. Ombar nie był do końca pewien, co było źródłem ich wzajemnej niechęci. Kiedyś wszyscy spodziewali się, że się zaprzyjaźnią. Obaj pochodzili z rodzin o niesamowitych umiejętnościach, dzięki którym na przestrzeni wieków nie zaniechano wykorzystywania energii. Może właśnie w tym tkwił problem? Poza tym, Stefan zawsze wiedział, że Ombar jest zdolniejszy, z kolei ten drugi zawsze był świadom, że ten pierwszy jest bardziej lubiany i wzbudza większe zaufanie. Wpływała na to choćby ich fizjonomia. Ombar był wysoki, miał raczej pociągłą, bladą twarz i ciemne włosy. Wydawał się mroczny i, choć nie można było odmówić mu urody i uroku osobistego, członkowie ich społeczności zazwyczaj w pierwszej kolejności zwracali się do Stefana o ujmującym uśmiechu, kwadratowej szczęce i jasnobrązowych włosach. Nawet teraz, po wojnie, woleli zrzucić winę na Ombara niż przyznać, że Stefan też się do niej przyczynił.
- Nie powinieneś być teraz w Japonii? Nadzorować prac nad własną Akademią?
Brązowowłosy mężczyzna machnął ręką, jakby odpędzając tę myśl.
- Ktoś inny to za mnie robi. Ja mam ważniejsze zajęcia – stwierdził, odrywając wzrok od nowoczesnego budynku. Ombar musiał przyznać, że sam był z niego dumny. Styl trochę wyprzedzał epokę. Ale za bardzo lubił łączyć drewno ze szkłem i kamieniem, żeby się tym przejmować.
Podzielił teren na cztery przestrzenie. Jedna, z przodu, została przeznaczona na średniej wielkości piętrowy budynek o dużych oknach, w którym miał zamiar ulokować główne pomieszczenia. Sale lekcyjne, swój gabinet, bibliotekę, siłownię. Z tyłu mieściło się coś pomiędzy dziedzińcem a ogrodem, przez który kamienna ścieżka prowadziła do mniejszego budynku, z wydzielonymi sypialniami dla przyszłych uczniów. Obok części mieszkalnej był prawdziwy ogród pełen nietypowych roślin, a miedzy drzewami kryło się niewielkie jezioro. Oczywiście wszystko wymagało jeszcze wykończenia i umeblowania. Oczami wyobraźni Ombar widział już lampki oświetlające wieczorem dziedziniec i rozstawione na nim manekiny ćwiczebne, sale z poustawianymi na półkach rzadkimi kryształami, rzeźbami i roślinami. Słyszał już śmiech i rozmowy na korytarzach… Może to nie będzie najgorsza przygoda jego życia? Gdyby tylko udało mu się już pozbyć węszącego Stefana, który właśnie wbijał w niego spojrzenie dziwnie przejrzystych, niebieskich oczu.
- Ja jestem jednym z tych zajęć? – zapytał z niesmakiem.
- Żebyś wiedział – mruknął niechciany gość, odwracając się, żeby kolejny raz przemierzyć teren sprężystym krokiem.
Najwyraźniej Trybun miał wątpliwości względem Ombara. Przymrużył niechętnie oczy na tę myśl. Walczył po ich stronie, wymyślił jak rozwiązać ich problem, ale wciąż mu nie ufają. Zresztą, mógł się tego spodziewać po tym, jak nie wybrali go na swojego przywódcę.
- Nie robię tu nic podejrzanego – warknął, nie siląc się na uprzejmość. – Możesz jechać dalej, skontrolować innego mistrza.
Stefan uśmiechnął się pod nosem i wyjął z kieszeni papierosy.
- Palisz? – zapytał, wyciągając paczkę w stronę Ombara, który momentalnie pokręcił głową ze zdegustowaniem.
Stali chwilę w milczeniu, jakby delektując się narastającym napięciem.
- A więc masz już skompletowany skład? – spytał w końcu wizytator.
Ombar pokiwał głową, przyglądając mu się spod ściągniętych brwi.
- Przyjadą za tydzień.
Stefan jeszcze raz zmierzył go spojrzeniem. Gospodarz splótł ramiona na piersi, oddzielając się jeszcze tym gestem.
- Po prostu nie kombinuj za bardzo.
- To ostrzeżenie?
- Nie, to rada. Jeśli jesteś inteligentny na tyle, na ile wszyscy uważają, to jej posłuchasz.
Brązowowłosy odwrócił się tyłem, ku zniesmaczeniu Ombara rozdeptał na ścieżce niedopałek i odszedł równym krokiem, powoli znikając w szarościach zmierzchu.
***CDN***


środa, 15 sierpnia 2018

Początek

Był przyjemny, letni wieczór. Motyle goniły się wśród kwiatów, a ptaki śpiewały, raz po raz przelatując z jednej gałęzi na drugą. Choć pozornie zielona przestrzeń była najspokojniejszym miejscem na Ziemi, po dokładniejszych oględzinach każdy jej skrawek tętnił życiem.
Ciemnowłosy mężczyzna siedział w trawie, oparty o pień drzewa i podziwiał krajobraz, żując długie źdźbło trawy. Jak to możliwe, że właśnie udało mu się kupić ten teren? Oczywiście znał odpowiedź na to pytanie, ale mimo wszystko, wciąż wydawało mu się to nierzeczywiste. Magia. Ludzie tyle o niej mówią; niektórzy się jej boją, są tacy, którzy w nią nie wierzą, a jeszcze inni stają się prawie że jej wyznawcami. Stworzono tyle mitów, legend i podań na jej temat. A jednak wciąż nie zdarzyło mu się spotkać osoby nieobdarzonej, która nie dałaby się magicznie oszukać.
Właściciel wcale nie planował sprzedać tej ziemi. Tak się jednak złożyło, że jego rozmówca, jeszcze dość młody, przystojny mężczyzna o dziwnym nazwisku Ombar, posiadał niesamowitą zdolność perswazji. I w ten oto sposób, skonfundowany monsieur Durand siedział w swoim mieszkaniu z aktem sprzedaży w jednej dłoni i tlącym się jeszcze papierosem w drugiej, zupełnie nieświadomy tego, że trzy dni temu planował zbudować tam restaurację albo domki letniskowe. Trzeba jednak oddać Ombarowi, że sowicie wynagrodził poczciwego sprzedawcę. W końcu czemu nie? Przy jego zdolnościach dopisanie sobie kilku zer na koncie w banku było jeszcze prostsze niż namieszanie komuś w głowie.
Dużo trudniejsze zadania czekały go teraz. I to w dodatku w miejscu, w którym nigdy nie zamierzał się znaleźć. Było tu bardzo ładnie, nie dało się zaprzeczyć. Ale jakoś nigdy nie chciał mieszkać we Francji. Jego rodzina pochodziła z Wielkiej Brytanii i to tam najbardziej lubił przebywać. Francja wydawała mu się zawsze zbyt wymuskana i skupiona na rzeczach trywialnych. Ale otworzenie Akademii Cieni w Anglii przypadło w udziale komuś innemu, na co zresztą sam ochoczo przystał, mając nadzieję, że choć trochę zmaże swoje winy w stosunku do tej osoby.
Więc teraz siedział tutaj, żując źdźbło trawy, czego nie robił od dzieciństwa, i zastanawiając się nad tym co było i co będzie. Dopiero co skończyły się walki, ale wiedział, że wojna nie minie tak szybko i łatwo. W świecie obdarzonych nic nie jest tak proste. Dlatego musiał znaleźć uzdolnioną młodzież i sprowadzić ją tutaj, do budynku, który stanie na właśnie zakupionym terenie. A kiedy już się mu się uda, musi nauczyć ich czym jest magia i jak ją wykorzystać. Tylko czy na pewno akurat on był w stanie to zrobić? Jego rodzina dopiero co rozpadła się na drobne kawałki i nie dało się ukryć, że sam mocno się do tego przyczynił. Ponadto walka, której podjął się wcześniej w imieniu wyższego dobra, teraz wydawała mu się głupotą…
Ale nie miał wyboru. Jeśli zrobiło się pierwszy krok, należy postawić też drugi. Namierzył już parę osób gotowych mu pomóc, a z biegiem czasu pojawi się ich więcej. Teraz trzeba tylko było zatrudnić odpowiednią ekipę budowlaną, ponieważ wyczarowanie całego budynku razem z wyposażeniem byłoby zbyt wielkim wydatkiem energii jak na jedną osobę. A kiedy lekko przyspieszy ich prace wyruszy na łowy.
Wstał, wygładzając ubranie. Wypluł przeżute źdźbło w bliżej nieokreślonym kierunku. Koniec odpoczynku. Nie może stracić więcej czasu. Gdzieś tam czekają młodzi, utalentowani ludzie, a on jest tu, żeby uświadomić im, że ich życie może stać się zupełnie inne, niż sobie to do tej pory wyobrażali.
***CDN***

Opowiadania z Akademii Cieni

Krótkie wprowadzenie:

Akademia Cieni to miejsce z powieści Nienasyceni. A dokładniej miejsca, ponieważ na całym świecie jest ich kilka. Są to specyficzne szkoły, w których młodzi ludzie z całego świata, posiadający  szczególne zdolności (magiczne, ale też inne), rozwijają się fizycznie i psychicznie, aby pewnego dnia podjąć próbę Tunelu. 
Na szczególną prośbę pewnej czytelniczki, która narzekała na niewystarczającą ilość fragmentów poświęconych Akademii i jej uczniom, postanowiłam napisać kilka oddzielnych opowiadań, rozwijających ten wątek i udostępnić je szerszemu gronu. Obiecuję też w miarę możliwości dodać ilustracje.