W
niewielkim miasteczku, w którym zazwyczaj nic nie działo się po godzinie szóstej wieczorem,
dwoje ludzi siedziało w kącie zaniedbanego baru, rozmawiając przyciszonymi
głosami. Pozostali goście byli stałymi bywalcami, a ponadto wieloletnimi
mieszkańcami, zrośniętymi z miejscowością niczym huba z drzewem, na którym
pasożytuje. Dwójka obcych, w dodatku gawędzących w nieznanym języku, wyraźnie
nie przypadła im do gustu. Co prawda mężczyzna pojawił się tu już kilka razy,
ale nie dość, że było w nim coś niepokojącego, specjalnie drażnił innych i
zyskał sobie reputację mąciwody. A towarzysząca mu dzisiaj kobieta była co najmniej
dziwna. Okryła się długim, beżowym płaszczem z puchowym kapturem, który
przywodził na myśl Eskimosów, podobnie jak długie, wciągane buty z ociepleniem.
Rzeczywiście ostatnio zrobiło się chłodniej, ale bez przesady, w końcu nie
znajdowali się na żadnym z owianych mrozem biegunów. Jakby tego było jeszcze
mało, kobieta podkreśliła oczy grubymi, czarnymi kreskami z zawijasami, co w
połączeniu z kruczoczarnymi włosami nadawało jej wygląd Egipcjanki.
-
Myślałem, że nie żyjesz – stwierdził Ombar, ignorując rzucane im coraz częściej
wrogie spojrzenia.
-
Przez chwilę też tak myślałam – odpowiedziała nonszalancko, nachylając się
trochę w jego stronę. – Will… Potrzebuję pomocy. Emilia powiedziała, że mam się
zwrócić do ciebie.
-
Mogłem się tego domyślić.
Odchylił
się do tyłu, wbijając wzrok w sufit. To nie był dobry moment na podejmowanie
ryzyka. Teoretycznie wkupił się w łaski Trybunu i zajął jedną z najwyższych
pozycji, ale z drugiej strony wciąż pozostawał pod obserwacją, o czym
świadczyła choćby wizyta Stefana. Pozostawała też jednak inna kwestia. Emilia
nie bez powodu przysłała ją akurat tutaj. Wiedziała, że Ombar nie zignoruje jej
prośby… Czy może polecenia.
-
Iris, wiesz, że wszystko się zmieniło…
-
Cicho! Oni mają szpiegów wszędzie. Poszłam za twoim przykładem i zmieniłam
imię, chociaż nie rozumiem, czemu ty tak naprawdę to zrobiłeś.
-
Dlatego używasz starego?
Nigdy
nie przepadał za Iris. Emilia się z nią przyjaźniła, ale on unikał jej
towarzystwa. Jej matka była archeolożką i często wyjeżdżała, zostawiając ją pod
opieką jego rodziców. Dziewczyna była z jednej strony surowa i wymagająca zarówno
wobec siebie jak i innych, ale też szalona; ubierała się na wzór dokumentacji
zbieranych przez matkę, czerpiąc z nich także inne życiowe inspiracje. Cały
swój pokój urządziła na modłę zwyczajów starożytnego Egiptu, łącznie z
zastąpieniem łóżka plecioną matą. Twierdziła też, że nie warto studiować
współczesnych osiągnięć nauki i ograniczała się do wiedzy starożytnych kultur.
Kiedy
w ich społeczeństwie wybuchły zamieszki, Iris zniknęła na samym początku i
Ombar był przekonany, że stała się jedną pierwszych ofiar wojny. Najwyraźniej
jej matce udało się jakoś wydostać i ukryć córkę.
-
Słuchaj, musimy podejść do tego poważnie. Żadnych plecionych mat i waz. Żadnych
udziwnień. Będziesz twierdziła, że nie miałaś pojęcia o naszym świecie, o
przekształcaniu energii i walce z jej wytworami, dopóki cię nie znalazłem i nie
wyszkoliłem. Nauczysz się tego, co przekazujemy w akademiach i zapomnisz, że
kiedykolwiek wiedziałaś coś więcej.
Iris
wpatrywała się w niego spokojnie, kiwając głową.
-
Czy nie jestem za stara na uczennicę?
-
Jesteś.
Westchnął
głęboko. To będzie najtrudniejsza część.
-
Trzeba będzie im wmówić, że urodziłaś się w zwykłej rodzinie i całe życie nie
odkryłaś swoich zdolności. A teraz odbyłaś osobne treningi i zostaniesz drugim
nauczycielem w mojej Akademii Cieni.
Kobieta
wciąż wpatrywała się w niego, nie okazując żadnych emocji.
-
Myślisz, że to się uda?
-
Nie wiem – stwierdził bez przekonania. – Zobaczymy. To jak ma ciebie teraz
nazywać?
-
Wybrałam świetne imię! Na pewno ci się spodoba. Nefretete.
Ombar
wybałuszył oczy.
-
Rzeczywiście, bardzo nie rzucające się w oczy. Miało być normalnie!
Iris
uniosła ręce w geście kapitulacji.
-
Mogę to zdrobnić do Nefris, ale pozwól mi zostać przy nim. Straciłam wszystko…
-
Dobrze, już dobrze. – Ombar nie lubił jęczenia, więc wolał to przerwać w tym
miejscu.
Barman
rzucił im kolejne, niechętne spojrzenie zza stojącego naprzeciwko baru.
-
Chodźmy stąd.
Młody
mężczyzna złapał swoją towarzyszkę za łokieć i pociągnął za sobą do wyjścia.
Kilka głów obróciło się za nimi, prychając. Oboje wiedzieli, że lepiej nie
wracać już w to miejsce.
Kiedy
dojechali pod drzwi Akademii Cieni, kobieta zatrzymała na chwilę Ombara.
-
Dziękuję – powiedziała cicho, uśmiechając się, a w jej oczach naprawdę widniała
wdzięczność.
Skinął
tylko niemrawo głową, chcąc jak najszybciej zaprowadzić ją do środka.
-
Czekaj! – zawołała nagle Nefris, zatrzymując go wpół kroku. Odwrócił się do
niej niechętnie.
-
Coś się stało?
-
Ten chłopak… - Pokazywała palcem na szklarnię, w której Quinn właśnie podlewał
rośliny. – On…
Nagle
odwróciła się gwałtownie i weszła do środka.
-
Tylko coś mi się wydawało – rzuciła przez ramię, znikając w pomieszczeniu.
Ombar
wzruszył ramionami. Ona zawsze była dziwna. Spojrzał jeszcze raz na szklarnię.
Chłopak na szczęście nie zdążył ich dostrzec. Mistrz nie wiedział, że kiedy
tylko zamknął za sobą drzwi, chłopak stanął wyprostowany nad roślinką, którą
jeszcze przed chwilą dokładnie oglądał, wbijając zagadkowe spojrzenie w
miejsce, w którym jeszcze przed chwilą mignęła mu Nefris.
***CDN***